Beniuszys: KluczOFE
Początkowo szaleństwo Fedak miało swoje granice. Proponowała ona redukcję części składki aktualnie idącej do OFE o ponad połowę i przekazanie tego do ZUS w zamian. Teraz chce składkę do OFE zawiesić w całości na 2 lata (czytaj: nie wiadomo na jak długo), co oznacza zawieszenie całej reformy emerytalnej, a może i jej likwidację. Po latach okazałoby się, że biedny Buzek beknął politycznie nadaremno.
KluczOFE
Na niewiele ponad rok przed wyborami do Sejmu i Senatu wiemy już, że w tej kadencji rząd Donalda Tuska nie przeprowadzi żadnej większej reformy, która w perspektywie długookresowej poprawiałby kondycję polskich finansów publicznych. W zamian za to rząd ten przejdzie do historii jako ten, który myśli bardzo krótkookresowo i z roku na rok próbuje gasić część pożaru w budżecie, tak aby poziom zadłużenia nie przekroczył progów ochronnych. I tak do wyborów, w nadziei na rychłą eksplozję polskiego wzrostu gospodarczego, na którą jednak trudno będzie liczyć wobec zbliżającego się roku 2014, kiedy to kran ze strumieniem funduszy europejskich zostanie, jak sądzę, mocno przykręcony. Przez krótkowzroczność tej polityki czeka nas, po znaczącym pogorszeniu się sytuacji demograficznej na rynku pracy po roku 2020, stagnacja i koniec marzeń o dobrobycie na wzór współczesnej Europy zachodniej.
Jedną z metod na załatwienie problemu zadłużenia „do przyszłego roku” jest podwyżka VAT, jedna z kilku podwyżek podatków, które czekają nas do 2015 roku. Wygląda na to, że w następnych pięciu latach bardzo wiele powodów do satysfakcji będzie miał Jacek Żakowski i inni podobnie do niego myślący ludzie, którzy niezależnie od okoliczności uwielbiają podnoszenie podatków i finansowanie przez państwo coraz to lepszego poziomu usług publicznych. Oczywiście, poziom ten spada, zamiast rosnąć, ale to można zawsze zwalić na „czynnik ludzki”. Samo podnoszenie podatków nie jest zaś dla nich wynikiem politycznej impotencji polityków i ich panicznego strachu przed reformami wynikającego z „syndromu Buzka”, ale oczywistą i konieczną „zmianą paradygmatu” w myśleniu o ekonomii w efekcie globalnego kryzysu ostatnich dwóch lat.
Parę „groszy” rząd Tuska chciałby, być może, uścibić na zawieszeniu, a może i likwidacji reformy emerytalnej. Ta kwestia jest jeszcze w fazie uzgodnień, więc jest jakaś tam nadzieja, że do tego nie dojdzie. Jednak przy obecnej filozofii obowiązującej w rządzie i zasadzającej się na wyzywaniu ekonomicznym ekspertów, wzywających do reformowania finansów, od „wariatów”, wiele wskazuje na to, że kąsek w postaci kilku miliardów złotych oszczędności budżetowych rocznie okaże się nazbyt łakomy, aby przejść obok niego obojętnie. Na kąsek ochotę ma szczególnie minister finansów Jacek Rostowski. Dla niego rozmontowanie systemu emerytalnego nie jest wielkim problemem, ponieważ – jak sam przyznał w jednym z wywiadów – uważa, że jedynym zabezpieczeniem na starość, w jaki powinni wierzyć ludzie, jest pomoc ze strony własnych dzieci.
Autorką pomysłu redukcji, a obecnie nawet zawieszenia na dwa lata (czytaj: na okres o nieokreślonej długości, do momentu w którym wówczas urzędujący rząd będzie skłonny zrezygnować z płynących dzięki temu do budżetu pieniędzy, a zatem prawdopodobnie nigdy) wpłat naszych składek emerytalnych do OFE jest prawdziwa wariatka polskiej sceny politycznej, następczyni Leppera w zakresie specjalizacji w ekonomii księżycowej, niestety minister pracy, Jolanta Fedak z umierającej partii chłopskiej. Jej elektorat ma w nosie OFE i ZUS, bo ma swoje, drogie przywileje i może sobie pozwolić na posiadanie tego w nosie. A zatem Fedak może przy tym wszystkim majstrować bez żadnych zahamowań. Minister rządu „zielonej wyspy” Polski proponuje zatem, idąc tropem krajów bałtyckich, które na słynnej mapie były czerwone „jak maki pod Monte Cassino”, łatanie budżetu poprzez przeniesienie całości składek z OFE do ZUS, a więc wydanie naszych pieniędzy na wypłatę bieżących emerytur i rent. Budżet zaoszczędziłby na tym dlatego, że wówczas musiałby do ZUS o tą samą sumę mniej dopłacić (choć jak znam życie, to różnica ta byłaby mniejsza, gdyż część zastrzyku finansowego zeżarłaby na pewno machina biurokratyczna w ZUS). Straciliby płatnicy składek, przyszli emeryci, czyli my. Nasze późniejsze świadczenia byłyby niższe, ponieważ w długim okresie czasu, jaki został do emerytury ludziom poniżej, powiedzmy, 45. roku życia, skuteczność OFE w pomnażaniu naszych składek jest wyższa, aniżeli rewaloryzacja w ZUS. Zupełnie pomijając banalny fakt, że w OFE te pieniądze realnie są, zaś w ZUS są one wyłącznie na papierze i nie ma tak naprawdę gwarancji, że zostaną nam w ogóle wypłacone, jeśliby finanse państwa w roku np. 2040 były w sytuacji gorszej niż są dziś w Grecji.
Początkowo szaleństwo Fedak miało swoje granice. Proponowała ona redukcję części składki aktualnie idącej do OFE o ponad połowę i przekazanie tego do ZUS w zamian. Teraz chce składkę do OFE zawiesić w całości na 2 lata (czytaj: nie wiadomo na jak długo), co oznacza zawieszenie całej reformy emerytalnej, a może i jej likwidację. Po latach okazałoby się, że biedny Buzek beknął politycznie nadaremno, co tym bardziej następne generacje polityków polskich do podejmowania wysiłku reform zniechęci.
Główny argument, którym Rostowski i Fedak podjudzali opinię publiczną do resentymentu względem OFE, brzmiał, że duża część naszych składek do OFE służy do inwestycji w obligacje państwa. Zamiast cieszyć się, że istnieje dodatkowy mechanizm, dzięki któremu te coraz bardziej ryzykowne papiery wartościowe udaje się rządowi zbyć w tak kolosalnych ilościach i w dalszym ciągu finansować swoje reformatorskie nieróbstwo „z roku na rok”, rząd jątrzy i wskazuje, że towarzystwa OFE bezczelnie pobierają prowizję za wykonanie w naszym imieniu transakcji, do których w istocie wielkiej filozofii nie trzeba. Nie wspominali jednak o tym, że OFE w zakresie II filaru są prawnie zobowiązane do zakupu za ustaloną część składek obligacji. Więc nie tyle idą na łatwiznę, co wykonują narzucone im przepisy ustawy, która nota bene w nadmierny sposób reguluje ich działalność. Zamiast czynić z tego zarzuty oparte na fałszywych przesłankach i kłamliwych przemilczeniach, należy to zderegulować i pozwolić OFE, a właściwie im klientom samodzielne decydowanie o tym, jak lokowane mają być w końcu ich własne pieniądze. Dzięki temu OFE będą mogły oferować różne produkty finansowe i różne strategie inwestowania środków. Bardziej ryzykowne, głównie dla młodych i bardziej zachowawcze dla ludzi u progu przejścia na emeryturę. Tak jak to ma miejsce w przypadku dobrowolnego III filaru.
Dokładnie takie rozwiązania proponuje minister Michał Boni, głos rozsądku na puszczy, jaką stał się ostatnio rząd PO-PSL. Decyzja należy do premiera. Będzie to w mojej ocenie, kluczowa decyzja tej kadencji. Od niej zależy to, czy ten rząd przejdzie do historii jako budowniczy rzeczy małych, acz potrzebnych a la „orliki” i jako ekipa, która rzeczy wielkich poniechała, czy też jednak jako rząd-szkodnik. Premier musi opowiedzieć się po stronie Boniego, projekt Fedak dołączyć do innych śmieci, zaś Rostowskiemu skrócić smycz. W przeciwnym razie głosowanie w wyborach 2011 roku może przebiegać nie według logiki „byle nie PiS”, a raczej „byle nie PiS i w żadnym razie PO”.

