Jesteś tutaj: Strona główna >> Gospodarka >> Beniuszys: Na przedpolu

Beniuszys: Na przedpolu

Jarosław Makowski pisze raczej świadomie nie o „podwyżce” VAT, a o jego „korekcie”. Chce w ten sposób zasugerować czytelnikowi, że jego dotychczasowa, niższa wysokość była błędna, ale teraz jest już dobrze, bo zostało to „skorygowane”. Znaczenia subtelności w doborze słów autor jest świadom. Wiemy to, gdyż sam to przyznaje, gdy krytykuje posiłkowanie się przez polityków sformułowaniami w rodzaju „ulga podatkowa”. Ubolewa, że upowszechnienie się takiego języka spowodowało, że przeciwieństwo obniżania podatków kojarzy się z przeciwieństwem ulżenia, a więc obciążeniami, a nawet „torturą”. Zamiast tego chce, aby ludzie zaczęli postrzegać podatki w charakterze inwestycji.

Link do artykułu, z którym polemizuję:

http://wyborcza.pl/1,76842,8210266,Gdy_trwoga__to_do_panstwa_.html

 

Na przedpolu

 

 

 

Wyjątkowo ciekawy tekst objawił się czas już jakiś temu (4 sierpnia) w „Gazecie Wyborczej”. W felietonie pod tytułem „Jak trwoga, to do państwa!” swoje poglądy na temat prowadzenia przez państwo polityki finansowej wyłożył autor być może jeszcze relatywnie mało znany, ale nie mniej jednak jeden z tych, w którego głos trzeba bardzo uważnie się wsłuchiwać. Jest to Jarosław Makowski, a powodem dla którego jego głos jest tak wyjątkowo istotny są nie tyle przymioty osobiste, ale fakt iż jest on szefem Instytutu Obywatelskiego. IO jest bowiem rodzajem think-tanku, powołanego przez rządzącą naszym krajem przynajmniej do 2015 roku Platformę Obywatelską. IO wzoruje się do pewnego stopnia na fundacjach związanych z niemieckimi partiami politycznymi, a może nawet amerykańskimi i brytyjskimi instytutami analitycznymi, mającymi bliskie związki z konkretnymi siłami politycznymi. Bardzo często przedstawiciele takich instytucji prezentują nie tyle obiektywne i autorskie poglądy czy przekonania, a raczej transmitują do szerokiej debaty publicznej treści, których nadawcami się liderzy lub zakulisowe „mózgi” konkretnych partii, a które to treści stanowią subtelną formę politycznej propagandy o długofalowych celach, wykraczających poza standardowe kampanie polityczne i medialne bezpośrednio aktywnych polityków. Chodzi zwykle o kształtowanie spojrzenia wyborców na określoną problematykę w sposób zbieżny z interesami partii, a także o powolną i stopniową modyfikację nastawień i oczekiwań, jeśli partia planuje w perspektywie kilku miesięcy, a nawet lat jakiś programowy zwrot. W końcu, w przypadku partii rządzących chodzić może po prostu o przygotowanie elektoratu na pewnie niepopularne decyzje i ograniczenie poprzez pracę u podstaw na przedpolu ich negatywnych skutków dla notowań i wyborczych wyników ugrupowania.

 

Jeśli takie jest zadanie i funkcja tekstu Makowskiego, to mamy powody do zmartwienia. Główne przesłanie jego artykułu jest bowiem takie, że podatki i ich podwyżki nie są niczym strasznym, zaś liberalizm nie ma w sumie nic wspólnego z ideą niskich podatków, a raczej ze sprawnym państwem, które musi być hojnie finansowane. Autor „sugeruje” rządowi PO, że „korekta” VAT wystarczy tylko na przejściowe rozwiązanie problemu deficytu, „jutro już z pewnością nie”. Zatem „jutro” nastąpią dalsze podwyżki różnych podatków i danin. Premier Tusk będzie także mógł wskazać na tekst Makowskiego i rzec: „sami widzicie, nawet niezależni publicyści przyznają, że to konieczność!”

 

Makowski pisze raczej świadomie nie o „podwyżce” VAT, a o jego „korekcie”. Chce w ten sposób zasugerować czytelnikowi, że jego dotychczasowa, niższa wysokość była błędna, ale teraz jest już dobrze, bo zostało to „skorygowane”. Znaczenia subtelności w doborze słów autor jest świadom. Wiemy to, gdyż sam to przyznaje, gdy krytykuje posiłkowanie się przez polityków sformułowaniami w rodzaju „ulga podatkowa”. Ubolewa, że upowszechnienie się takiego języka spowodowało, że przeciwieństwo obniżania podatków kojarzy się z przeciwieństwem ulżenia, a więc obciążeniami, a nawet „torturą”. Zamiast tego chce, aby ludzie zaczęli postrzegać podatki w charakterze inwestycji. Kreśli wizję budowy autostrad, wynalezienia leku na raka i powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu jako rezultatu podniesienia przez rząd Tuska podatków. Piękna to w istocie wizja, szkoda tylko, że rząd podatki podwyższa po to, aby zapchać dziury w budżecie i ratować się przed progiem 55% PKB długu publicznego, więc o tego rodzaju dodatkowych inwestycjach państwowych nie ma mowy. Owszem tych „rzeczy” państwo nie zbuduje bez „nadwyżki kapitałowej”. Ta jednak pochodzić nie musi z większych podatków, ale i z mniejszych wydatków, co też jest przedmiotem debaty, której zasadność Makowski stara się unieważnić.

 

Autor wysoki podatek chce sprzedać wyborcy jako inwestycję. Posuwa się w tym toku myślenia bardzo daleko i przekracza wręcz granice przyzwoitości. Wskazuje bowiem, że jeśli podatki sprzedamy opinii publicznej jako inwestycję w świetlaną przyszłość państwa i społeczeństwa, to propagandzie rządowej łatwo będzie zwolenników ich obniżania obsadzić w roli tych, którzy „zubożają przyszłość własnego narodu”. Makowski nie ma oporu, aby pójść o krok dalej i stwierdzić, że w takim układzie zwolennicy niskich podatków i ulg „stają się „antypolscy””, dzięki retoryce podatek-inwestycja są to „zdrajcy”. Nie po raz pierwszy pomówienie o zdradę narodową i złodziejstwo spada na liberałów, acz po raz pierwszy chyba wychodzi ze środowiska PO. Makowski nie posuwa się co prawda do sugestii, że tego rodzaju retoryką należy się posługiwać. Pisze tylko, że „to od sprawności i pomysłowości rządzących zależy, czy podatki będą przez obywateli postrzegane jako tortura, czy jako inwestycja”. Zależy to od zatem rządowego PR. Jednak groźba uczynienia z oponentów programu podnoszenia w następnych latach podatków przez PO „zdrajców narodu” zawisła w powietrzu, jako ewentualnie możliwy przebieg debaty. Być może niektórym zamknie to usta.

 

Naturalnie koncepcja, że podatki są inwestycją i tylko ich znaczna wysokość jest drogą ku materialnej pomyślności Polaków to piramidalna bzdura. Od kiedy zamożność społeczeństwa zależy wyłącznie od wysokości środków redystrybuowanych przez machinę państwa? Czy nie jest ona jednak zależna także od rozwoju prywatnych przedsięwzięć gospodarczych i uzyskiwanych przez nie zysków? Nie warto się nad tym rozwodzić, wzrost gospodarczy generują przedsiębiorstwa, nie budżet państwa. Ponadto trudno podatki kojarzyć z inwestycją z wielu powodów. Po pierwsze, znikoma ich część idzie na programy inwestycji publicznych. Głównie są używane do obsługi długu i finansowania sporej ilości świadczeń socjalnych, z których duża część jest nieuzasadniona. Właśnie dlatego tak wiele głosów w debacie domaga się uzyskania „nadwyżki kapitałowej” przez budżet na drodze cięć, a nie podnoszenia podatków, które przecież przyszłych zobowiązań państwa w żaden sposób nie redukują. Po drugie, trudno zgodzić się z przyjęciem metafory Makowskiego, iż podatki to inwestycje, ponieważ, po prostu, udział w inwestycji jest dobrowolny, natomiast podatek jest przymusowym haraczem na rzecz pokrycia kolosalnych kosztów funkcjonowania państwowej infrastruktury społeczno-instytucjonalnej. Jest on uzasadniony etycznie tylko wówczas, gdy dysponent tych środków gospodaruje nimi oszczędnie i roztropnie, a polskie państwo tego nie czyni. To także argument za cięciami wydatków.

 

Makowski jednak dość brutalnie obchodzi się z autorami licznych apeli o redukcję wydatków jako metodę konsolidacji finansów państwa. Utyskuje nieco, że nagle w telewizji „zaroiło się od dawno niewidzianych ekonomistów i doradców bankowych”. Ja sprawami ekonomicznymi interesuję się ze średnią intensywnością, jednak o żadnym z głównych ekspertów występujących w mediach nie powiedziałbym, że dawno ich nie widziałem. Przeciwnie, stale, od wielu lat są w mediach obecni i oceniają politykę rządzących. Skoro Makowski zauważył ich dopiero ostatnio, to może znaczy, że za mało interesuje się tą problematyką i nie powinien pisywać tego rodzaju artykułów. Nie wiem tego. Wiem jednak to, że na pewno Jarosław Makowski, według notki o autorze w gazecie „filozof, teolog (sic!) i publicysta” powinien powstrzymać się od określania takich ludzi jak Leszek Balcerowicz, Krzysztof Rybiński, Ryszard Petru, Dariusz Filar czy Wiktor Wojciechowski takimi mianami jak „wujek dobra rada”, „rodzimi spece” czy też szczególnie bezczelne „tzw. eksperci finansowi”. Inaczej niż „wujkowie-spece” nasz teolog z czołówki IO nie widzi „oczyma wyobraźni krachu naszych finansów” i nie sugeruje „cięcia na gwałt wydatków”. Można więc rzec „uff!”, albo i nawet „Alleluja!”

 

Makowski jest zatem szczęśliwy, że premier Tusk potrafił „zweryfikować swoje ideologiczne przekonania” „zagorzałego liberała” i zachował się tak, „jak nakazuje zdrowy rozsądek”, a więc podwyższył VAT. Makowski ma bardzo wiele zrozumienia dla postawy szefa rządu. W końcu sytuacja jest wyjątkowa, żyjemy w okolicznościach (uwaga!) „kryzysu ekonomicznego i gospodarczego” (osobie, która wskaże różnicę pomiędzy oboma tymi „rodzajami” kryzysu stawiam Franziskanera, w przeciwnym razie niech Makowski kupi mi kostkę masła). Co prawda sam premier Tusk powtarzał do znudzenia, że kryzys Polskę ominął, ale Makowski nie musi się z szefem PO zgadzać, w końcu jest niezależnym publicystą.

 

Jak więc zareagować na kryzys? Czy można było inaczej niż postanowił premier? Nie! Recepta „wujków-speców”, czyli ciąć wydatki, jest co prawda „receptą prostą”, ale „niewiele rządów europejskich z tej cudownej recepty korzysta”. W tej części tekstu Makowskiego mamy więc aż dwie horrendalne nieprawdy (zastanawiam się, co teologia mówi o publikowaniu nieprawd w gazetach). Po pierwsze, recepta cięcia wydatków i likwidacji przywilejów socjalnych nie jest „prosta”. Przeciwnie, to bardzo trudne decyzje, niepopularne, które na pewno wywołałyby protesty, strajki itp. Właśnie dlatego rząd się na nie nie zdecydował, a zrobiłby to, gdyby to było „proste”. Po drugie, ręce się załamują! Jak można poważnie twierdzić, że rządy europejskie nie tną dziś wydatków. Trzeba być jak te trzy słynne małpiszony, co zakrywają sobie usta, uszy i oczy. Odporność Makowskiego na przyswajanie wiedzy o świecie jest imponująca. Nie tylko Grecja, cięcia są podejmowana na wielką skalę w Wielkiej Brytanii, w Holandii wybory wygrała partia która zapowiedziała największe cięcia, w Niemczech ogranicza się przywileje rodziców i ubogich, w Hiszpanii radykalnie uelastycznia kodeks pracy, cięcia dosięgają Włochy, Węgry, o krajach bałtyckich z obniżkami pensji budżetówki nie wspominając.

 

Co można jednak zrobić innego, poza zwiększeniem VATu? Można zwiększyć podatki od działalności banków! Makowski krytykuje menadżerów banków za to, że optują za cięciami wydatków państwa, a sami nie chcą zrezygnować ze swoich gaży. Słaba analogia, bo ich gaże nie są finansowane z przymusowej daniny. Mniejsza jednak o to. Makowski sugeruje, że zwolennicy cięć wydatków są opłaconymi rzecznikami szefów banków oraz innych krezusów rynków finansowych i zgłaszają postulaty zgodnie w interesami tego lobby. Mocny zarzut, szczególnie z ust szefa think-tanku działającego przy partii rządzącej. Makowski twierdzi też, zgodnie z mitem socjalistów wszystkich krajów, że to bankierzy są odpowiedzialni za to, że „taplamy się dziś w kryzysie”. Oczywiście taplamy się z kilku powodów, a jednym z głównych jest polityka kredytowa państwa amerykańskiego. Chodzi mi tutaj jednak raczej o to, że żądanie Makowskiego, aby narzucić na winowajców dodatkowe obciążenia (ops, przepraszam: zaprosić ich do dodatkowych „inwestycji” w przyszłość narodu) pokazuje jak krótkowzroczny jest to w tej problematyce autor. W końcu „część kosztów za ratowanie narodowych budżetów w imię solidarności”, które miałyby te banki ponieść, przerzucą one na swoich klientów, czyli nas wszystkich poza może Jarosławem Kaczyńskim, co konta nie ma. W takim razie już lepiej podnieść VAT o kolejny punkt proc. Chyba wyjdzie taniej... Natomiast populistyczne pragnienie lewicowców i Makowskiego, aby rekinom u szczytu banków zabrać premie jest dziecinadą. Premie te są bajecznie wysokie, ale w obliczu potrzeb zagrożonych budżetów, to nie są nawet peanuts.

 

Na koniec swojego artykułu Makowski stwierdza, że „liberalnego i silnego państwa nie poznaje się po tym, jak się żyje najbogatszym, ale po tym, jak się żyje najbiedniejszym”. Liberalne państwo to takie, które jest dla obywatela „gwarancją że płacąc wyższe podatki, w każdej chwili może na swoje państwo liczyć”. Bardzo bym prosił teologa Makowskiego, jako politolog piszący doktorat o ewolucji myśli i partii liberalnych w Europie od 1830 roku po dzień dzisiejszy, aby już raczej, niczym lewicowi propagandyści, głosił śmierć „neoliberalnego paradygmatu”, aniżeli odwracał pojęcia do góry nogami. Miarą liberalnego państwa nie jest poziom życia żadnej grupy społecznej, a zakres wolności w podejmowaniu działań, w tym także działalności gospodarczej. Liberalne państwo może być bardzo biedne (zwykle się szybko bogaci, ale na początku przemian takie może być), albo i bardzo bogate. W każdym razie nie jest już na pewno jego miarą to, czy można liczyć na jego pomoc, a raczej to czy stwarza warunki, abyśmy potrafili radzić sobie samodzielnie. I na tym kończy się ta debata.

Dodaj komentarz


Copyright © Polska Liberalna - liberalizm, polityka, kultura, historia, społeczeństwo, media - polskaliberalna.net 2012

Template by Joomla Themes & Tanie przeprowadzki Kraków.