Niezależenie od tego, jaki wynik osiągnie Jarosław Kaczyński w drugiej rundzie, może czuć się już zwycięzcą. Przegrałby swoją pozycję i pozycję Prawa i Sprawiedliwości na scenie politycznej, jeżeli Bronisław Komorowski wygrałby w pierwszej rundzie.
Donald Tusk zrezygnował z kandydowania na fotel Prezydenta RP, ponieważ perspektywa jego politycznej wizji wykracza poza doraźną sprawę najbliższych wyborów i splendoru stanowiska. Podobnie jest z Jarosławem Kaczyńskim, który rozgrywa grę nie o prezydenturę, ponieważ ma ona dla niego wartość tylko w kategorii pamięci brata, ale o pozycję swojej partii w wyborach – jesiennych, samorządowych i przyszłorocznych, parlamentarnych. I z tej perspektywy należy spojrzeć na jego kokietowanie lewicy. Od polityka należy wymagać skuteczności i pragmatyki, ponieważ najbardziej szczytna idea może być realizowana w demokracji tylko wtedy, kiedy polityk ma realny wpływ na państwo i jego instytucje. Idealiści, tacy jak Marek Jurek, który w ostatnich wyborach osiągnął 1,06% poparcia tak naprawdę szkodzą swoim ideom i je kompromitują.
Kaczyński zwracając się do lewicy, starając się zakopać podział polityczny, nakazując swoim akolitom zaprzestanie używania słowa „postkomuniści”, tak naprawdę nie wierzy, że przysporzy mu to znacznej liczby nowych głosów w wyścigu prezydenckim. Klasyczny podział lewica – prawica zanika, a rozkład głosów elektoratu jest zależny bardziej od czynników demograficznych, niż od ideowych. Na Jarosława Kaczyńskiego i tak nie zagłosuje te prawie 1,5 mln wyborców z dużych i średnich miast, które oddało głos na Grzegorza Napieralskiego, nie ma on czasu, aby przekonać ich do siebie. W drugiej turze chodzi tak naprawdę o jeszcze większe zmobilizowanie swojego elektoratu.
Ale zwrócenie się formalnie ku lewicy otwiera drogę ku porozumieniom lokalnym. Tym jednym odwołaniem i instrukcją puszczoną w dół, Kaczyński przywrócił swojej partii zdolność zawierania koalicji – na początek, po jesiennych wyborach na szczeblach samorządowych, a później może i w parlamencie. Lewica przestała być dla działaczy Prawa i Sprawiedliwości „Czarnym Piotrusiem”, a stała się politycznym przeciwnikiem – a w przyszłości, kto wie, może koalicjantem.
Prawo i Sprawiedliwość zawsze było partią z natury prospołeczną. To formacja, gdzie nienazwany socjalizm jest głęboko zaszyty w formule „solidarnego państwa”, państwa silnego i opiekuńczego. To, że Jarosław Kaczyński na wiecach odwołał się do formuły społecznej gospodarki rynkowej i przywołał niemieckiego ekonomistę, polityka i kanclerza, Ludwiga Erharda, nie jest przypadkiem. Ten schemat może być powiązany równie dobrze z socjalizmem i doktryną chadecką. Jeżeli dodamy do tego wsparcie, jakiego Kaczyńskiemu udziela „Solidarność” (korporacjonizm), to widzimy, że otrzymujemy spójny przekaz programowy, którym można kokietować i lewicę. Kaczyński uznał, że lewicy nie da się dalej lekceważyć i jeżeli nie da się zawrzeć żadnego porozumienia z Platformą Obywatelską i Donaldem Tuskiem, a reszta sceny politycznej jest głęboko zatomizowana, to jedynym partnerem pozostaje właśnie ona. PO i Donald Tusk będą mieli bardzo poważne problemy już na jesieni z utrzymaniem swojej pozycji w samorządach lokalnych.
Lewicę kokietuje też PO i Bronisław Komorowski, ale robi to dość nieudolnie, jak całą kampanię zresztą. Oczywiście, większość wyborców Grzegorza Napieralskiego, wezwanych przez innych działaczy SLD, zagłosuje na kandydata PO, jeżeli pójdzie do urn. Ale Komorowski i jego sztab robi poważny błąd, ponieważ nie aktywizuje należycie swojego elektoratu, nie mówiąc o elektoracie centrowym. To w granicznym przypadku, jeżeli mobilizacja sztabu Kaczyńskiego będzie duża, a do tego Komorowski przegra debaty telewizyjne, może się dla niego i Donalda Tuska zakończyć bardzo nieprzyjemną niespodzianką w dniu 4 lipca.
Wszyscy dyskutują o faktycznej, czy domniemanej przemianie Jarosław Kaczyńskiego, zapominając o jego determinacji i ambicji. Zwracają się w stronę lewicy naraził się środowiskom skrajnej prawicy, ale jest pewne, że zrobił odpowiedni rachunek kosztów i zysków. Jego wolta to czysta gra polityczna, jak zawsze u niego podporządkowana jednemu celowi – odzyskaniu władzy. A wtedy już nikt go nie będzie z niczego rozliczał…
Azrael
—————————
Tekst opublikowano na portalu MojeOpinie.pl
