Prawie czyni różnicę
Idea porozumienia partii postsolidarnościowych, zwana POPiS-em jest dla niektórych publicystów i komentatorów stałym tematem dywagacji. Niektórzy twardo twierdzą, tak jak to czyni ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej” Piotr Gursztyn, że obie formacje właściwie niewiele się od siebie różnią, a jeżeli już, to wynika to raczej z przekory wobec przeciwnika, niż z rzeczywistych różnic programowych. Miałoby tak być na przykład w polityce zagranicznej, gdzie wyraźnie pro rosyjski kurs polskiej dyplomacji ma być tylko wizerunkowym zanegowanie polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego. Gursztyn, tak jak większość „sierot” po POPiS-ie, nie bierze pod uwagę tego, że obie formacje znacznie różnią się od tych znanych z połowy dekady.
Porozumienie PO i PiS miało wcielić w życie idee tak zwanej IV RP, czyli publicystycznego pomysłu politologa, dr Rafała Matyji. Paradoksem sprawą jest to, że obie partie prezentują się jako formacje prawicowe, jednocześnie odwołując się do czysto socjalistycznego i socjalnego ruchu związkowego, a później politycznego, który u zarania swojej działalności socjalizm chciał reformować, nie myślał o zmianie systemu politycznego, a niepodległościowy i antykomunistyczny kurs został mu nadany przez działaczy innych nurtów politycznych (KOR), co ciekawe, również początkowo o proweniencji lewicowej.
Igor Janke, dziennikarz prawicowy, wydał kilkanaście miesięcy temu zbiór swoich felietonów i publikacji z ostatnich kilku lat, pod tytułem PO-PiSowa kronika upadku. upadku. Już sam tytuł mówi, o czym ten wybór traktuje, ocena tego, co się stało w ciągu ostatnich lat zawarta jest w tytule. Janke napisał w przedmowie, że „koalicja PO-PiS to był tylko sen, z którego trzeba szybko się obudzić”, a minione lata podzieliły tylko elity polityczne w sposób nieodwracalny. Słuszna diagnoza, ale spór o idee POPiS-u i jego upadku toczy się nieustannie o to, kto za to ponosi winę. I tak, jak głębokie są podziały pomiędzy działaczami obu partii, tak również głęboki – i nierozwiązywalny – jest spór, kto za to ponosi odpowiedzialność.
Dwuletnie rządy Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005-2007 zdefiniowały na nowo podział polityczny polskiej sceny. Nie mamy teraz tak jednoznacznego podziału na partie postsolidarnościowe i postkomunistyczne lub populistyczne, już linia podziału nie biegnie jednoznacznie po linii tego, jaki jest stosunek do czasów PRL. Nie ma również już po wyborach parlamentarnych w roku 2007 podziału, który został stworzony na potrzeby walki politycznej przez Jarosława Kaczyńskiego, czyli podziału na „Polskę liberalną”, a zatem złą, i „Polskę solidarną”, program stworzony dla Polaków przez patriotów z PiS. Nie jest on dany raz na zawsze, nawet pomijając obowiązujące przepisy dotyczące finansowania partii politycznych i ordynację wyborczą.
W dalszym ciągu cześć politologów i komentatorów politycznych – nie mówiąc o działaczach dwóch największych partii – twierdzi, że najbardziej korzystnym układem politycznym – takim, który może przynieść stabilność, spokój – jest układ dwupartyjny, pod pojęciem którego zakłada się, że te dwie partie to Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość. Twierdzi się, że obie mają szansę poszerzyć swoje bazy i programy – pierwsza miałaby wchłonąć lewicę i zagospodarować centrum, druga natomiast, pozbywając się retoryki populistycznej, pójść w stronę narodowego konserwatyzmu. Jednak te dwie partie, mające solidarnościową konduitę, nie potrafią się ze sobą za nic dogadać. W czasie kiedy Polska, za przykładem całego Świata, przeżywała okres prosperity, obie partie nie potrafiły wykorzystać tego okresu do stabilizacji sceny politycznej, a przede wszystkim do zreformowania państwa i podparcia hossy gospodarczej rozsądnymi reformami ekonomicznymi i społecznymi. Planowano reformy – finansów publicznych, reformę systemu emerytalnego, łącznie z reformą ZUS, reformy w sferze administracji publicznej, nie wspominając już o reformach w ochronie zdrowia, szkolnictwie wyższym i podstawowym. A autostrady, budowane przy wykorzystaniu środków unijnych, miały przeciąć nasz kraj we wszystkich kierunkach. Już za samo niewypełnienie tych zadań obie partie powinny zostać usunięte z polskiej polityki.
Jest kilka spraw, które określają miejsce obu partii na scenie politycznej. Jeżeli chodzi o stosunek do religii i wartości katolickich, to jest on zbieżny w obu partiach; wszak Polacy są jeszcze w swojej masie wyznania katolickiego, dlatego obie siły szukają poparcia w instytucjach Kościoła. Także obecność religii w życiu społecznym i nauczaniu obu partiom nie przeszkadza. Poglądy Platformy Obywatelskiej na prawa kobiet, problemy aborcji i zapłodnień in vitro są praktycznie takie same jak konkurenta. Czyli kierunek na nowoczesność – ale tylko tam, gdzie jest to wygodnie i bez wchodzenia w konflikt z zachowawczą częścią społeczeństwa i Kościołem. Platforma, z racji tego, że kieruje się w stronę elektoratu młodszego i bardziej wykształconego, jest bardziej proeuropejska – bardziej patrzy ku przyszłości Polski, ma jednocześnie większe zaufanie do społeczeństwa i jego zdolności rozwojowych, z czego też wynika opcja polityki deregulacji decyzyjności i postawienia na samorządność. PiS natomiast to partia ludzi, w wielu wypadkach wycofanych, zagubionych, nastawionych na „daj”, dla których silne i opiekuńcze państwo to podstawa. Stąd, biorąc także pod uwagę znaną nieufność Jarosława Kaczyńskiego do otaczającego go świata, chęć wzmocnienia instytucji państwa.
Rzeczy zbieżnych pomiędzy obiema formacjami jest wiele, ale różnic również. Nie wyjaśnia to jednak całkowicie, dlaczego konflikt, zahaczający o nienawiść pomiędzy politykami obi partii,a także jej elektoratami jest tak gorący, a rowy jakie zostały wykopane, tak głębokie. Daniel Passent uważa, że właśnie ta zbieżność i wspólne korzenie czyni kompromis niemożliwym, ponieważ nie może być większej nienawiści, niż wśród rodziny.
Wiele jest spraw i poglądów, które Platformę Obywatelską i Prawo i Sprawiedliwość łączy, ale jeszcze więcej dzieli. Obie formacje i obaj przywódcy mają jednak jedną wspólną cechę, która niewiele ma wspólnego z ideowością; I Jarosław Kaczyński i Donald Tusk chcieliby rządzić niepodzielnie, a ich najważniejszym celem jest walka z konkurencyjną partią. Dlatego właśnie idea POPiS-u nie miała szansy nigdy się zrealizować.
Azrael
