Ślepa uliczka Dorna
Z drugiej jednak strony jest w nim w dalszym ciągu potencjał polityczny i intelektualny, na który tacy politycy, jak Mariusz Błaszczak, czy Adam Hofman mogą sobie tylko popatrzeć. Dorn jest w odstawce od 3 lat, od czasu słynnego buntu trzech wiceszefów PiS, listu “bandy trojga” po przegranych wyborach w październiku 2007 roku, kiedy to panowie Dorn, Ujazdowski i Zalewski zbytnio uwierzyli w prawo do dyskusji i demokrację partyjną – i zostali szybko przez Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznych (nazwanych później eunuchami…) szybko spacyfikowani. Drogi Kaczyńskiego i Dorna się rozeszły, pierwszy zawęził swoją partię, drugi, poza epizodem z Polską XXI, pozostał singlem. Teraz postanowił powrócić do PiS-u, ale jako „niezależny”. Dość dziwne, że jeszcze nie pojawiły się opinie, że oto połączyły się ze sobą „dwa ważne dla środowiska, rokujące nadzieję na zjednoczenie całej polskiej patriotycznej, narodowej i katolickiej prawicy…”. Znamy te teksty… O co chodzi? Strony podpisały umowę polityczną, coś w rodzaju „Gentlemen’s Agreement”, której najważniejsze sformułowania dotyczą tego, że strony nie będą się wzajemnie obszczekiwać, w zamian za co Ludwik Dorn dostanie w przyszłorocznych wyborach miejsce „biorące” do parlamentu. Dorn zapewnia sobie autonomię w swoich poczynaniach politycznych. A tak naprawdę to składa na ręce Kaczyńskiego kapitulację, przyznając, że sam nie jest wstanie zorganizować własnego zaplecza politycznego. Składa kapitulację na ręce człowieka, który go obraził osobiście, a którego otoczeniem gardzi… Czy Dorn jest PiS i prezesowi potrzebny? Tak, jest. Jako wyrazisty krytyk rządu Donalda Tuska i to nie medialny, ale merytoryczny, a także jako quasi opozycja wewnątrzpartyjna wobec środowiska Zbigniewa Ziobry, które po odejściu tak zwanych liberałów uzyskało dominację w Prawie i Sprawiedliwości. Ale jest to tak naprawdę „fałszywy skrzydłowy”, ponieważ w partii po trzyletniej nieobecności stał się już ciałem obcym. Na całym układzie zyskał Dorn, zapewniając sobie następne lata synekury w Sejmie (a może w Senacie). Swego czasu Aleksander Kwaśniewski, w przypływie dobrego humoru, podlanego procentami, wzywał Dorna i jego sukę, Sabę do zatrzymania w swoich poczynaniach. Dorn nie usłuchał i idzie dalej. Może po prostu nie potrafi już funkcjonować poza polityką, może nie potrafi skończyć…?
Ludwika Dorna nie lubię z zasady, jako jako byłego przybocznego i totumfackiego Jarosława Kaczyńskiego. To on stoi za tym projektem, który znany jest nam pod pojęciem „IV RP”, choć nazwę i zręby wymyślił zupełnie kto inny (Rafał Matyja pospołu z Pawłem Śpiewakiem). To on był partnerem rozmów Jarosława Kaczyńskiego, w czasach, kiedy po Porozumieniu Centrum ostał mu się jeno szyld i jeden pokoik z biureczkiem. To on także zastawił majątek, aby zaciągnąć kredyt pod budowę Prawa i Sprawiedliwości. Jest on także jednym z głównych pomysłodawców obecnych zasad finansowania partii politycznych, powodu zastoju, marazmu polskiej sceny politycznej. A przede wszystkim nie lubię go za megalomanię..
