Debata smoleńska
Debata w założeniu powinna zakończyć się konkluzjami, przyczynić się do zbliżenia jej stron, wyjaśnić wątpliwości. W polskim Sejmie jednak dawno już debata parlamentarna nie wnosi do polityki nic nowego, raczej obnaża miałkość polskiej klasy politycznej.
Wczoraj, na wniosek opozycji, dyskutowano o problemie katastrofy smoleńskiej, w kontekście ubiegłotygodniowego raportu komisji Tatiany Anodiny (MAK) i polskiej odpowiedzi, czyli medialnej i multimedialnej konferencji komisji Jerzego Millera. Debata została tak naprawdę sprowadzona, nie po raz pierwszy, do przedstawienia z trybuny sejmowej dwóch racji – tej rządowej, czyli platformerskiej i opozycyjnej, czyli pisowskiej. W tle racji czysto politycznych, a raczej politykierskich, stał problem naszych relacji z Rosją. Takie postawienie sprawy spowodowało to, że najrozsądniejsze wypowiedzi padały z ust posłów lewicowych, Marka Borowskiego i Andrzeja Celińskiego, a także, jak zawsze po chłopsku rozsądnego, Stanisława Żelichowskiego.
Premier był przygotowany do dyskusji politycznej, doskonale zdawał sobie sprawę, co może go czekać, dlatego szczegóły dotyczące katastrofy smoleńskiej zostawił swoim ministrom, sam natomiast swoje wystąpienie rozpoczął od ataku politycznego. I tak jak w trakcie swojego wystąpienia powiedział, że rządowi chodziło o to, aby „wygrać prawdę o Smoleńsku, wygrać pokój w relacjach międzynarodowych i wygrać pokój w demokratycznym sensie ustrojowym” , tak wygrał również na samym początku starcie polityczne z opozycją. Przedstawił, na zasadzie kontrastu, to, że rząd chce wygrać całą prawdę o Smoleńsku, co w związku z trudnymi relacjami z Rosją nie jest łatwe, opozycja natomiast buduje swoją pozycję polityczną w oparciu o tezy zamachu.
Nie należy się dziwić taktyce Donalda Tuska. Od tygodnia, od momentu opublikowania raportu MAK, opozycja i wspierające je media, z „Rzeczpospolitą” na czele podpalały atmosferę polityczną. Polska odpowiedź komisji Millera tylko zaostrzyła dyskusję. Premier musiał bronić swojej pozycji i swoich decyzji, w tym przyjęcia jako płaszczyzny rozmów z Rosją konwencji chicagowskiej. Nie wytłumaczył jednak, dlaczego doprowadził do tego, że przez długi okres czasu dominującą narracją polityczną było to, co głosili Rosjanie. Niestety, propagandowo Rosjanie Donalda Tuska i polski rząd pokonali, co nie oznacza jednak, że jego działania były „zaprzaństwem” i zdradą narodową, jak by chciał tego prowadzący nagonkę ze strony Prawa i Sprawiedliwości Antoni Macierewicz.
I właśnie brak Macierewicza wśród głównych występujących w imieniu Prawa i Sprawiedliwości był chyba największym zaskoczeniem. Sam prezes zaprezentował się z trybuny sejmowej słabo, bez werwy, nawet bez emocji. Wydaje się, że rozczarowani mogli być twardzi zwolennicy, oczekujący rozłożenie rządu na łopatki. Nic takiego się nie stało, ani Jarosław Kaczyński, ani demagogiczne występy Mariusza Kamińskiego, czy Beaty Kempy nie mogły zrównoważyć wystąpienia doskonale przygotowanego Donalda Tuska. Premier mówił zresztą nie tylko do opozycji, ale również do Rosji, co doskonale odczytali komentatorzy zagraniczni. Obronił, po raz drugi, decyzję o przyjęciu Konwencji chicagowskiej jako podstawy rozmów z Rosją, wskazując, że każde inne rozwiązanie dawałoby Polsce mniejsze szanse na kontrolę postępowania Rosjan.
Polityczne staracie wygrał Donald Tusk i Platforma Obywatelska. Ale wczorajszy sejmowy happening nie przybliżył nas w żadnym wypadku do ostatecznego wyjaśnienia kulis katastrofy smoleńskiej i określenia stopnia winy – głównie polskich decydentów. Ta sprawa będzie dla premiera będzie dużo trudniejsza, tym bardziej, że słyszy się z kręgów prokuratury, że będą postawione zarzuty – w tym również członkom rządu… Azrael