Bletki- kultowa opera mydlana o nastoletnich palaczach gandzi

W Polsce kwitnie drugi obieg, przynajmniej w polskiej sieci Internet. Istnieje też cała grupa prasy publikującej inne treści, np. filmy traktujące o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku, a poglądy prezentowne w tych filmach są nieobecne w mediach sektora licencjonowanego przez obecny układ rządzący. Wykształciły się co najmniej cztery obiegi: narodowo- konserwatywny, konserwatywno-liberalny, liberalno-socjaldemokratyczny, socjalistyczny.
Serial „Skins” (po polsku tłumaczony jako „Kumple”, choć poprawne tłumaczenie nazwy brzmi „Bletki” lub „Blejzy”) jest typowym przykładem serialu drugiego obiegu który zyskał na tyle liczne grono polskich fanów, że planowano nawet imprezy muzyczne dla jego polskich fanów.
Nagradzany serial opowiada o pokoleniach młodych nastolatków brytyjskich z Bristolu na zachodnim wybrzeżu Zjednoczonego Królestwa. Robiony z młodymi, nieznanymi jeszcze aktorami, porusza szereg kontrowersyjnych kwestii jakimi żyją, a raczej w jakich żyją młode pokolenia. Jest seks, bauns i nadużywanie miękkich dragów, są dysfunkcyjne rodziny, zaburzenia psychiczne (wraz z lękiem przed jedzeniem czy fobiami społecznymi), problemy identyfikacji seksualnej, śmierć. Film jest w zasadzie operą mydlaną o młodych gandziapalaczach, jaraczach sensi, jakich wielu z nas spotkało mieszkając w Wielkiej Brytanii. I ja miałem swoją brytyjską paczkę kumpli, i ja żyłem w świecie dość intensywnych relacji międzyludzkich.
Brytyjska młodzież była generalnie gandziajarająca, ich nocne życie przypominało rodzaj gandziowego najt tripu. Znajomy niepełnoletni nastolatek przestawał palić gandzię na imprezach dopiero wtedy gdy na całonocną imprezę (gdzie większość publiczności jarała publicznie blanty) przychodził z mamą. Kumpel z sąsiedztwa, niepełnoletni, mówił tak niezrozumiałym slangiem, że w rozmowach przez telefon musiałem prosić by przełączył się na bardziej dla mnie zrozumiały język z kanału BBC. Tamtejszy slang, owe „lyngoł”, miał ogromne naleciałości jamajskiego patois, na dzielnicy mieszkało mnóstwo potomków emigrantów z Karaibów. Weekendy były odwiedzinami wielkich całonocnych imprez, czasem podróżowałem na nie z lokalną ekipą do innych miast. Znajomi didżeje tak dobrze zarabiali w tym biznesie, że z miasta do miasta potrafili jeździć taksówkami.
Świat ten jest dość nieobecny w Polsce. Nawet rodzimi gandziapalacze są mniej „międzypołączeni” (interconnected), choć moi polscy znajomi mają po dwa telefony (jeden zwykle nie starcza w ciągu pełnego kontaktów dnia), i produkują się na fejsbuku czy twitterze. Liczba potencjalnych rozrywek jest w Polsce mniejsza, nie ma kultury domówek z racji innych warunków lokalowych (posiadanie własnej kamienicy, choćby i ciasnej, jest w Polsce rzadkością, sąsiedzi którym nie przeszkadza całonocna wylewająca się na ulice biba, również). Polska jest krajem gdzie wielu młodych ludzi żyje, niejako z musu, kulturą innych nacji, swoją mając zniszczoną choćby z braku mediów.
Byłem na prywatkach na których człowiek zachodził w głowę, czy konstruktorzy budynku przewidzieli takie tłumy na metr kwadratowy drewnianej podłogi. Niektóre imprezy były tak epickie, że pisano o nich w gazetach. Rozlały się na okoliczne ulice, zjechały uliczne soundsystemy do tego stopnia że policja nie była w stanie ich zamknąć, gdy rozpoczął się kolejny dzień. Świat grajmu, rejvu, raggadżangel. Dubstepu i dżamp-apu. Nawijacze w salonie, ziomki z gramofonami w niemal każdym mieszkaniu jakie się odwiedzało.
