Dziewiętnasty października był czarnym dniem polskiej demokracji. Wydawało się, że zabójstwa osób uczestniczących w polityce skończyły się na dobre dziesięć lat temu (minister Jacek Dębski, generał Marek Papała, poseł Ireneusz Sekuła). Że dziś zdarzają się tylko w krajach o znacznie mniej ugruntowanych tradycjach demokratycznych.Aktywni politycy nie wyciągają wniosków. Zamiast przy tej tragicznej okazji wykazać się naturalnym odruchem solidarności, natychmiast zaczęli: jedni oskarżać, inni - próbować wykorzystać ten dramat dla swych bieżących celów politycznych. Okropne.
Konsekwencją wczorajszych wydarzeń będzie, niestety, także dalsze pogłębianie się rowu między światem polityki a światem niepolitycznych obywateli. Zostanie wzmocniona ochrona polityków, instytucji i urzędów przez służby do tego powołane; pewną ochroną zostaną objęte biura poselskie i siedziby partii; prywatne agencje zostaną wynajęte do osłaniania polityków nie korzystających z ochrony państwowej. Dostępność ministra, posła, prezydenta miasta czy radnego jeszcze bardziej się skurczy. A kiedy zatrze się pamięć o 19.10, obywatel pomyśli sobie: „Ale się odgradzają!”
