Dobrze, że Prezydent nie przyjął p. Błaszczaka i p. Szydło
Odwrotnie niż Aleksander Kwaśniewski uważam, że Bronisław Komorowski postąpił wczoraj słusznie nie schodząc na spotkanie z emisariuszami Jarosława Kaczyńskiego, przybyłymi w miejsce zaproszonego polityka. Gdyby – jak 14 lat temu – to Kwaśniewski był prezydentem, a ja szefem jego Zespołu Strategii Politycznej, też odradzałbym mu udział w takim spotkaniu.
Prezydent musi chronić autorytet sprawowanego przezeń urzędu. Prezydentowi się nie odmawia. Zwłaszcza w takiej sytuacji i w taki sposób. Pewnie, korona by mu z głowy nie spadła, gdyby absencja prezesa PiS była rzeczywiście uzasadniona. A nie wynikała z przyjętej strategii lekceważenia głowy państwa. W tej sytuacji pan Błaszczak i pani Szydło nie mogli być nawet listonoszami krążącymi między ważniejszymi politykami, noszącymi im propozycje oraz informacje o decyzjach. Zakładam, że B. Komorowski rzeczywiście chciał coś z J. Kaczyńskim omówić i ustalić.
Głębsza refleksja dotycząca wydarzeń tego tygodnia jest taka: obawiam się, że tragiczne wydarzenie zaczyna być wykorzystywane - świadomie bądź nie – do odtworzenia sytuacji podziału sceny politycznej między wyłącznie Platformę i PiS. Ostatnio sprawowanie kontroli nad niemal całą wyobraźnią polityczną Polaków zaczynała się wymykać obu partiom z rąk: SLD złapał wiatr w żagle, powstawał Ruch Palikota, swoją ofensywę przygotowywało Stronnictwo Demokratyczne. Dzięki zabójstwu w Łodzi dwa dominujące ugrupowania znów mogą stawiać Polaków przed wyborem: „uważasz, że winę i odpowiedzialność ponosi Jarosław Kaczyński? Czy Donald Tusk? Tertium non datur.” I wszystko wraca do, niestety, normy.
