Rachunki Bronisława Komorowskiego
Mam dość poważny zgryz, jak ocenić wizytę kandydata Platformy Obywatelskiej w domu Barbary Blidy, w Siemianowicach Śląskich. Tym samym domu, w którym była posłanka lewicy zginęła w wyniku postrzału z pistoletu gazowego. Zginęła tragicznie, w obliczu funkcjonariuszy państwowych, a do dzisiejszego dnia nie jest do końca jasne, czy było to samobójstwo, czy zbieg okoliczności, które doprowadziły do niekontrolowanego strzału.
Sprawa wyjaśnienia śmierci Blidy ma pewne punkty styczne ze sprawą Krzysztofa Olewnika. W oby przypadkach mamy do czynienia z odpowiedzialnością organów państwa, które nie stanęły na wysokości zadania wyjaśnienia obu zdarzeń. Barbara Blida zginęła ponad 3 lata temu, w kwietniu 2007 roku, dochodzenie prokuratorskie w dalszym ciągu nie jest zamknięte, a komisja sejmowa powołana do wyjaśnienia wszystkich okoliczności nie zdołała nie tylko jeszcze dojść do jakichkolwiek konkluzji, ale przede wszystkim nie potrafiła poruszyć machiny państwa. Ta machina, blokada organizacyjna, prawna, urzędnicza powoduje to, że sedno sprawy, pokazanie mechanizmów, jakie doprowadziły do tego wypadku, nie zostało jeszcze ujawnione. I być może nie zostanie nigdy ujawnione.
Nie czas i miejsce na ukazanie całego zagadnienia od strony politycznej, odpowiedzialności poszczególnych grup politycznych za to, co się stało 25 kwietnia 2007 roku, w Siemianowicach Śląskich. Jest jednak faktem, że Bronisław Komorowski, który stoi na czele polskiego parlamentu od końca roku 2007, jest osobą współodpowiedzialną za to, że ta sprawa toczy się tak, że dziś nie jesteśmy dużo bliżej jej wyjaśnienia, niż wówczas, kiedy obejmował funkcję marszałka Sejmu RP. I stąd powinien czuć się w dwójnasób odpowiedzialność za wyjaśnienie sprawy do końca.
Nie bulwersuje mnie wizyta Komorowskiego w domu Blidów, w trakcie jego kampanii wyborczej. To jest polityka. Komorowski nie sfotografował się na tle jej pomnika, nie złożył żadnych oficjalnych deklaracji po rozmowie z mężem Barbary Blidy, Henrykiem, i jej synem, Jackiem, co mogłoby zostać odczytane jako gra polityczna. To Henryk Blida go zaprosił i to mąż posłanki stwierdził, że według niego Komorowski może się przyczynić do szybszego zakończenia sprawy i jej wyjaśnienia, będąc prezydentem. To jego prawo ustalić, jakie jest zdanie kandydata w tej sprawie. Drugiego nie musi pytać, ponieważ śmierć jego żony nastąpiła, kiedy to właśnie on był u władzy. Miejsce Jarosława Kaczyńskiego jest po drugiej stronie bariery, być może również na ławie oskarżonych, kiedy sprawa wreszcie do sądu.
Oskarżanie Komorowskiego o „grę trumną Barbary Blidy”, jak natychmiast zostało to przedstawione przez obóz jego przeciwnika, pokazuje, jak krótka i wybiórcza jest pamięć polityczna. Jakoś zupełnie uleciała z pamięci dyskusja, kto, kiedy i dlaczego podjął decyzję o pochówku Lecha Kaczyńskiego, z małżonką w grotach wawelskich. Nie da się tego oddzielić od kampanii jego brata, Jarosława. I, jeżeli byśmy chcieli wykazać się złą wolą, to hasło „gra sarkofagiem wawelskim” jest równie uprawnione.
Marketing wszedł w życie polityczne i jest z nim ściśle spleciony. Nie da się tego oddzielić, a granica tego, jakie sfery życia (i śmierci…) obejmuje, stale się przesuwa. Symboliczne spotkanie w domu Blidów było Komorowskiemu potrzebne, elektorat lewicowy, dla którego śmierć posłanki SLD ma wymiar symboliczny, odebrał to dobrze. Komorowski powtarzał kilkakrotnie w czasie kampanii wyborczej, że Barbara Blida była „ofiarą atmosfery IV RP”, zapominając, że on sam też przyłożył rękę, aby ta atmosfera w Polsce zagościła. Czas ten rachunek spłacić.
Azrael

