Obiecałem sobie, że nie napiszę ani słowa o sprawie krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdyż nie uważam jej za istotną dla polskiej polityki.
Po namyśle uznałem jednak, że zasługuje na krótki komentarz. Ten krzyż ma bowiem znaczenie polityczne. Jest wyrysowaniem – świadomym, z premedytacją - kolejnego podziału na polskiej scenie politycznej. Paradoks polega jednak na tym, że stronami tego podziału nie są partie republikańskie (lewicowe i liberalne, opowiadające się za rozdziałem kościołów od Państwa) versus partie konserwatywne i tradycjonalistyczne. Taki podział byłby naturalny i zrozumiały; mniej więcej tak się ukształtowały strony dyskusji o orzeczeniu Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyża we włoskiej szkole –  i następnie naszej, polskiej dyskusji o krzyżach w XIV LO we Wrocławiu. W związku z krzyżem przed Pałacem Prezydenckim rzecz ma się zupełnie inaczej: tu po dwóch stronach stanęły partie, które powinny mieć jednakowy (albo przynajmniej bliski) pogląd na sprawę. Ugrupowania takie jak SLD, inne partie lewicowe, Stronnictwo Demokratyczne w tej kwestii się nie liczyły. Bo skoro akurat nie było innego paliwa dla podtrzymywania konfliktu między PO a PiS, korzystnego dla obu stron, to trzeba było wykorzystać do tego celu krzyż.
To zresztą bardzo perspektywiczne: PiS kontynuuje budowę swojego nowego mitu założycielskiego, a PO rozpycha się po lewej stronie sceny politycznej.