Warszawa w ostatnich latach się mocno zmieniła. Pojawiły się zadbane parki, równa kostka brukowa, odnowiono Krakowskie Przedmieście, w centrum miasta rośnie reprezentacyjny stadion narodowy. Jednak spacer po centrum miasta pokazuje, że naszemu miastu jeszcze daleko, aby określić je przyjemnym, bezpiecznym i dla ludzi.
Wychodzę na ulicę Marszałkowską. Pod sklepem mam co najmniej pięć próśb o papierosa, parę groszy, czasem obserwuję bójkę żuli o tanie wino czy śmiertelną zniewagę. Biorę psa na spacer, skręcam w mniejsze uliczki - Wspólną, Poznańską, Emilii Plater. Jeden czy drugi bezmózg wyprowadza swojego amstafa bez smyczy i bez kagańca. Moda bocznych uliczek jest niezmienna: białe skarpetki, klapeczki, tatuaże, gołe klaty i agresywny wzrok.
Dworzec Centralny. Afera z sortownią mięsa była i jej nie ma. Kebaby dalej są czynne, Sanepid nie wkroczył, dodatkowej kontroli żadnej. W środku syf, brak normalnej toalety, brzydki zapach i oczy z tyłu głowy. Ludzka poczekalnia dla paseżerów, gdzie mogą odpalić laptopa i sprawdzić co w świecie piszczy. Zapomnij.
W kasach dworcowych niezorientowane Pani, jeśli im nie powiesz 5 minut przed zakupem, że chcesz płacić kartą kredytową, nie skumają i każą Ci zasuwać do bankomatu.
Wracamy na Marszałkowską. Bank Millenium, Bank Dominet, Bank Nordea, Bank ING, PKO, Pekao SA, BOŚ, HSBC - nie zdążyłem zrobić 200 metrów, a nic innego po drodze nie zauważyłem. Gdzie punkty handlowo-usługowe, normalne sklepy, gastronomia?
Emilii Plater. Prostytutki nagabują klientów, czasem przejedzie straż miejska, która chyba ma dobry układ z alfonsami. Niedaleko Kościół a na kościele standardowy widok od moich wczesno-dziecięcych lat: solówki gimnazjalistów.
Piękna ta nasza Warszawa...?