Beniuszys: Luźniejsza refleksja na koniec 09
Skoro Halcewicz-Pleskaczewski ziewa, to niech się kawki napije, albo zje porządną pajdę chleba z nutellą czy smalcem. A potem niechaj zajrzy do konstytucji i spróbuje pojąć dlaczego kandydat na prezydenta RP nie powinien zbyt dużo nawijać wyborcom o swoich planach a propos polityki gospodarczej, społecznej czy pieniężnej. Owszem Olechowski mógłby mówić to wszystko. Jednak skoro występuje w roli kandydata na prezydenta, to mówi o tym, co leży w kompetencjach urzędu, o który się ubiega. Halcewicz-Pleskaczewski jest chyba nawet nieświadomy tego, że domaga się od kandydata uprawiania populizmu. Bo nic jak tylko populizmem jest ględzenie o tym, co się by zrobiło w sytuacji, gdy kompetencje urzędu, który chce się pełnić, nie przewidują możliwości podejmowania takich działań w sposób skuteczny.
Luźniejsza refleksja na koniec 09
Gdy człowiek się starzeje i zdobywa coraz więcej doświadczenia w tych dziedzinach, którymi się zajmuje, jak ja obserwacją zjawisk politycznych, to dostrzega również to, jak cienka jest warstwa profesjonalizmu w działaniach ludzi, którzy zaszli całkiem daleko. Człowiek jest człowiekiem i wpadki są nieuniknione, jak w przypadku ochoczego podchwycenia przez polityków i media oryginalnej idei, aby posłów PiS z komisji hazardowej najpierw przesłuchać w charakterze świadków, a potem ponownie włączyć do składu jej śledczych (aby pełnili wszystkie możliwe funkcje, należało jeszcze tylko zasugerować, aby po posiedzeniach sprzątali salę). Także polskie media (mam na myśli tylko te poważne) moją jawić się jako oazy profesjonalizmu dla odbiorcy nieobytego z zawiłościami świata polityki.
Dzisiejsza „GW” bardzo słusznie i kompetentnie kompromituje piórem Sławomira Zagórskiego idiotyczny materiał na temat szczepień przeciwko wirusowi HPV, przygotowany dla TVN przez Marka Nowickiego. Pełen niedomówień, przeinaczeń, tendencyjny, głupi i szkodliwy (te pięć cech dotyczy całkiem sporej liczby materiałów dla „Faktów” TVN, niestety). Ale korzystny dla partii rządzącej (to szósta cecha, ergo), gdyż po sprawie faktycznego zakazania Polakom szczepienia się przeciwko świńskiej grypie, rządowi atmosfera zwątpienia w sens szczepień powinna raczej służyć.
Z drugiej strony, w tej samej gazecie, czytam wynurzenia widza programów Tomasza Lisa, red. Jakuba Halcewicza-Pleskaczewskiego. Pan redaktor bardzo słusznie pochwala postulaty zgłoszone w programie TVP2 przez Leszka Balcerowicza, który za klucz do dogonienia Niemiec jeśli chodzi o poziom życia w ciągu około 20 lat uznał prywatyzację/depolityzację biznesu, wydłużenie czasu pracy Polaków, walkę z inflacją, zmniejszanie deficytu i długu publicznego oraz ograniczenie rozdawnictwa socjalnego tym, którzy nie do końca takich środków potrzebują. Potwierdzam. Podobnie jak Halcewicz-Pleskaczewski jestem fanem Balcerowicza i jego pomysłów. Zawsze byłem.
Jednak w komentarzu Halcewicza-Pleskaczewskiego idzie o co innego. Żałuje on, że Balcerowicz nie kandyduje na prezydenta (ja w sumie też żałuję, jeszcze bardziej żałowałem tego w 2000 roku), bo w przeciwieństwie do m. in. Andrzeja Olechowskiego, którego Halcewicz-Pleskaczewski słuchał w tym samym programie telewizyjnym przed tygodniem, Balcerowicz ma „plan”. Mówi konkrety o tym, co uważa, że w Polsce należy zrobić. Tymczasem Olechowski zanudza coś o poziomie debaty, konstytucji i stylu sprawowania władzy, tak że „miliony Polaków ziewają przed telewizorem”.
Błędem Halcewicza-Pleskaczewskiego jest to, że utożsamia się z „milionami”. Tego typu megalomania nie służy dobrze człowiekowi. Skoro Halcewicz-Pleskaczewski ziewa, to niech się kawki napije, albo zje porządną pajdę chleba z nutellą czy smalcem. A potem niechaj zajrzy do konstytucji i spróbuje pojąć dlaczego kandydat na prezydenta RP nie powinien zbyt dużo nawijać wyborcom o swoich planach a propos polityki gospodarczej, społecznej czy pieniężnej. Owszem Olechowski mógłby mówić wszystko to, co powiedział Balcerowicz. Jednak skoro występuje w roli kandydata na prezydenta, to mówi o tym, co leży w kompetencjach urzędu, o który się ubiega. Halcewicz-Pleskaczewski jest chyba nawet nieświadomy tego, że domaga się od kandydata uprawiania populizmu. Bo nic jak tylko populizmem jest ględzenie o tym, co się by zrobiło w sytuacji, gdy kompetencje urzędu, który chce się pełnić, nie przewidują możliwości podejmowania takich działań w sposób skuteczny (bo wygłoszenie orędzia czy zbesztanie rządu na konferencji nie jest działaniem skutecznym, co udowodniła obecna prezydentura). Olechowski mógłby oczywiście nawet obiecać, że gdy zostanie prezydentem RP, to autobusy w Gdańsku będą czystsze, mniej zatłoczone i zawsze punktualne, nawet na Osowę. Tyle że byłoby to równie poważne, jak deklaracje na temat zamierzeń wobec inflacji, z którą walczyć można tylko w Radzie Polityki Pieniężnej.
Halcewicz-Pleskaczewski nie podziela wiary w sensowność startu w wyborach innych kandydatów niż Tusk i Kaczyński. Woli starcie tych dwóch obozów, gdyż jego wynik, raczej z góry przesądzony, mu odpowiada (i to właśnie jest powodem powstania rzeczonego komentarza). Trudno jednak poważnie przyjąć, że debata między premierem a obecnym prezydentem będzie merytoryczną dyskusją o kształcie prezydentury w naszym kraju. Natomiast, jeśli chodzi o postulaty prof. Balcerowicza, to pragnę Halcewiczowi-Pleskaczewskiemu przypomnieć, że już dziś i teraz do ich realizacji mógłby przystąpić jego ulubiony kandydat Donald Tusk. To on bowiem właśnie pełni funkcję, która pozwala na poważne stawianie tych problemów i wprowadzanie takich reform. Tusk jednak nie spotyka się z krytyką autora za to, że planu Balcerowicza nie realizuje, choć mógłby, natomiast z krytyką spotyka się Olechowski za to, że nie deliberuje o rzeczach, których realizować nie może i jako prezydent także nie będzie mógł.
PS Na marginesie, stronę wcześniej czytamy komiczny komentarz Kingi Dunin o majstersztyku i bublu roku 2009 w polskiej polityce. Dla owej ideolożki (ideolówki?) „Krytyki Politycznej” majstersztykiem było otwarcie w Warszawie klubu „Nowy Lepszy Świat” (taka nazwa, że aż ciarki przechodzą) przez... „Krytykę Polityczną”. Oczywiście, poza projektem ustawy o parytetach, która jak wiadomo uniwersalnie rozwiązuje wszystkie problemy tego kraju. Bublem natomiast była „deifikacja” Leszka Balcerowicza, w końcu, jak wieszczy „KP” ustami dr. Gduli, zbrodniczego autora sequelu do dzieła pod tytułem „Stan Wojenny”, którego w rocznicę przemian ekonomicznych w Polsce bezczelnie przypomniano. Jak wiadomo, od kryzysu świat „zaczyna myśleć inaczej”, więc podąża już innym torem niż balcerowiczowski neoliberalizm religijny i robi co może, by osiągnąć prosperity rodem z Polski 1988 roku! Przy okazji Dunin użala się, że zwolennicy zwiększenia długu publicznego w zeszłym roku w Polsce byli nazywani „idiotami, populistami i szkodnikami”. Przecież i bez dodatkowych wydatków „stymulacyjnych” (swoistego budżetowego dildo), dług osiągnął tylko ździebko ponad 50% PKB. Co to jest? Pryszczyk. Można było spokojnie wydać więcej kasy. Dzieci kochają rodziców bezwarunkowo. Wybaczą (a jak nawet i nie, to bez znicza na nagrobku jakoś się obejdziemy, w końcu jego brak będzie mógł po prostu tylko świadczyć o tym, że dzieci na niego nie stać, bo maja do spłacenia długi).
A tak a propos, to dlaczego zwolennicy zadłużania BYLI nazywani „idiotami, populistami i szkodnikami”? Zwolennicy zadłużania nadal SĄ nazywani „idiotami, populistami i szkodnikami”. Oto poniżej przykład.
Zwolennicy zadłużania są „idiotami, populistami i szkodnikami”.
