Beniuszys: Olechowski po Tusku
Zastąpienie Tuska Komorowskim czy Sikorskim oznacza dla wyborcy liberalnego zupełnie słuszne odczucie, iż dystans pomiędzy jego poglądami i oczekiwaniami a ofertą polityczną kandydata PO na prezydenta znacząco urósł. Dla liberała to Tusk był kandydatem najlepszym, jeśli analizujemy warstwę ideową. To jest jednak dobra wiadomość dla mojego kandydata, czyli Andrzeja Olechowskiego. Należy oczekiwać, że więcej wyborców z lewego skrzydła PO o poglądach centrowych czy centrolewicowych, sceptycznych wobec klerykalizmu prawego skrzydła Platformy, na którym lokują się i Sikorski, i Komorowski, zacznie spoglądać w jego kierunku.
Ogłoszona w czwartek decyzja Donalda Tuska o wycofaniu się z wyścigu o prezydenturę Polski była sporym zaskoczeniem. Nie wierzę osobiście za bardzo w zapewnienia tych, którzy utrzymują, że się jej spodziewali. Raczej nie głosili takich prognoz przed faktem. Piszę o wycofaniu się z wyścigu, gdyż choć Donald Tusk nigdy formalnie nie ogłosił swojego przyłączenia się do niego, to jednak w tej kampanii uczestniczył od dłuższego czasu, być może wręcz od porażki z 2005 roku. Aż do czwartku wszystkie najważniejsze posunięcia PO i rządu były uzgadniane z podstawowym celem, jak mawia Grzegorz Schetyna, „projektu PO”, czyli właśnie zwycięstwem Tuska w tych wyborach. Dlatego odkładano trudne reformy, a koncentrowano się na sprawach takich jak „orliki”, z którymi nie wiąże się żadne ryzyko, bo nie można stracić poparcia wyborców budując dziecku boisko, dając za darmo laptop czy instalując dostęp do szybkiego internetu. Czwartkowa decyzja premiera o rezygnacji z ubiegania się o urząd prezydenta w 2010 roku oznacza, mam taką nadzieję, prawdziwy punkt zwrotny w dziejach politycznych III RP. Otóż teraz oczekuję, iż rząd, pierwszy od dawna (nie licząc przejściowego rządu Marka Belki) ideologicznie zdominowany przez trzeźwo o gospodarce myślących ludzi, podejmie trud niektórych przynajmniej przedsięwzięć reformatorskich w zakresie finansów publicznych oraz polityki społecznej. W istocie pakiet projektów przedstawiony przez premiera 24 godziny po osobistej decyzji politycznej jest krokiem w tym kierunku. Nie uważam, że reformy te są wystarczające, ale gdy się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Są to reformy potrzebne Polsce. W związku z tym, postanowiłem pod warunkiem rzeczywistej realizacji tych projektów, wycofać się po półtorarocznym okresie z opozycyjnej postawy wobec rządu Donalda Tuska. Od teraz będę jego krytycznym sympatykiem do czasu wyborów lub niewykluczonego zawodu moich oczekiwań. Wycofuję także postulat dymisji, który kierowałem pod adresem ministra finansów Jacka Rostowskiego, ale podtrzymuję żądanie dymisji pod adresem minister pracy Jolanty Fedak, której projekty związane z polityką emerytalną są nadal szkodliwe. Jeśli chodzi o szczegóły planu rządu, to jest to oczywiście temat na odrębny tekst. Tutaj chce się skoncentrować na politycznych konsekwencjach decyzji Tuska dla wyborów prezydenckich z punktu widzenia wyborcy liberalnego.
Decyzja Tuska nie jest ani żadną „rejteradą”, ani „tchórzostwem”. Nie jest to jednak także „decyzja kierowana odpowiedzialnością za kraj”. Nieprzejednani krytycy szefa PO z PiS i SLD oraz jego gorący zwolennicy z własnej partii czy redakcji Gazety Wyborczej, jak to często bywa, przesadzają. Prawdą jest, ze jeśli uda się choć część zapowiedzianych reform, a Tusk trzyma PO w ręku jako jedyny na tyle mocno, by tą partię do tego zmusić, to kraj skorzysta na zmianie jego politycznych planów. Jeśli mam wybierać pomiędzy prezydentem Tuskiem a zdrowszymi finansami publicznymi, to wybór taki jest jasny (Amerykanie nazwaliby go no-brainer). Z drugiej strony jednak decyzja Tuska zapadła głównie pod kątem analizy interesów jego partii. PO groził, jako partii nadmiernie heterogenicznej ideowo, konflikt o schedę, może wręcz rozpad. Tusk nie dorobił się w PO odpowiednio mocnego następcy, gdyż potencjalnych następców w ostatnich latach z szeregów eliminował. Schetyna nigdy nie będzie takim następcą, gdyż jest typem zakulisowego machera i organizatora struktur, a nie charyzmatycznym liderem niesionym ideą czy poczuciem misji w życiu publicznym. O decyzji, co zresztą podkreśla sam premier, zdecydował także jego interes własny w postaci chęci utrzymania w ręku maksymalnie dużego zakresu władzy, a z tego punktu widzenia to premierostwo jest przysłowiową siekierką, zaś prezydentura kijkiem. Ponadto ewentualna porażka, niewykluczona w przypadku starcia w II turze z Olechowskim, oznaczałaby chyba koniec jego politycznej kariery. A tak Donald Tusk zapewne pozostanie premierem może wręcz do roku 2015, gdy będzie mógł stanąć jednak do walki o najwyższy urząd w państwie. Refleksja nad interesem kraju, jeśli w ogóle, to pojawiła się na miejscu trzecim i to raczej w postaci konstatacji typu: „PO musi w 2011 roku znów wygrać wybory, bo inaczej Polsce grozi PiS”.
Wycofanie się Tuska, dwudziestopierwszowiekowego „torysa” łączącego ekonomiczny liberalizm z dość słabym konserwatyzmem obyczajowym, oznacza, że z banerem PO w wyborach tych wystartuje ktoś bardziej od premiera konserwatywny i prawicowy, czyli mniej liberalny. Obojętnie czy będzie to Bronisław Komorowski, symbol indywidualistycznego i tradycyjnego konserwatyzmu polskiej szlachty ze „wsi spokojnej”, polityk przynoszący pewne skojarzenia z CSU, czy też wychowanek intelektualny amerykańskich neokonserwatystów z republikańskiej szkoły myślenia, która sprokurowała przez agresywną postawę i chrześcijański mesjanizm osiem lat tragedii, jaką była prezydentura poprzednika Baracka Obamy. Tak czy inaczej zastąpienie Tuska którymś z tych polityków oznacza dla wyborcy liberalnego zupełnie słuszne odczucie, iż dystans pomiędzy jego poglądami i oczekiwaniami a ofertą polityczną kandydata PO na prezydenta znacząco urósł. Dla liberała to Tusk był kandydatem najlepszym, jeśli analizujemy warstwę ideową. To jest jednak dobra wiadomość dla mojego kandydata, czyli Andrzeja Olechowskiego. Należy oczekiwać, że więcej wyborców z lewego skrzydła PO o poglądach centrowych czy centrolewicowych, sceptycznych wobec klerykalizmu prawego skrzydła Platformy, na którym lokują się i Sikorski, i Komorowski, zacznie spoglądać w jego kierunku. Pierwszy sondaż po decyzji Tuska już niesie taką wskazówką. W nim to Bronisław Komorowski traci w porównaniu z Tuskiem 8 punktów i zdobywa 27%. Olechowski zaś urasta do 14% i traci tylko jeden punkt do Lecha Kaczyńskiego, dla którego elektoratu wycofanie się głównego „wroga” z wyborów także wpłynie demotywująco. Reszta kandydatów jest daleko w polu, tak że wyborcy lewicowi nie mogą mieć żadnych złudzeń. Szanse Olechowskiego w zeszłym tygodniu urosły znacząco. Akurat 2 dni po tym, jak red. Paweł Wroński jednostronnie stwierdził zgon jego kampanii wyborczej, Olechowski znalazł się o krok od II tury wyborów, co jest też miłym prztyczkiem w nos w stronę politycznych meteorologów, których prognozy zbyt często spowija mgła wishful thinking.
Abstrahując od kwestii ideologicznych, kandydaci „rezerwowi” PO to ryzyko prezydentury fatalnej. Nawet jeśliby w tych wyborach wystartował polityk relatywnie liberalny z PO, to i tak jest kilka dobrych powodów, aby go nie popierać. Czyż przez ostatnie już ponad cztery lata nie zrobiło się nam dosyć typowo partyjnej prezydentury? Czy chcemy na kolejną kadencję mieć głowę państwa, która wobec jednej z dwóch głównych partii jest całkowicie dyspozycyjna, tak jak Lech Kaczyński? Oczywiście Tusk byłby prezydentem mocno partyjnym, ale jednak najwyższy urząd przypadłby w jego osobie człowiekowi, nad którym w jego partii nikogo nie było! Tymczasem, wybór kandydata z rezerw spowoduje, że prezydent Komorowski czy Sikorski będzie miał w premierze rządu de facto swojego partyjnego szefa i nadal będzie skłonny wypełniać jego polecenia. Trudno oczekiwać, aby wybił się na „niepodległość” w czasie pierwszej kadencji, jeśli jego reelekcja będzie zależeć od poparcia PO, czyli po prostu premiera Tuska. Zatem kolejne pięć lat skoślawionej i politykierskiej prezydentury. Skoro tak, to wręcz lepiej ten urząd zlikwidować i skupić wszystkie jego prerogatywy oficjalnie w ręku szefa prezydenta, czyli premiera! Polsce potrzebny jest prezydent zdolny myśleć samodzielnie i działać ponad partiami politycznymi. To po pierwsze. Po drugie zaś, potrzebujemy prezydenta, który zasadniczo poprze proces reformowania państwa, według przedstawionych w piątek zamierzeń rządu Tuska. Nie wyzbywając się jednak przy tym dawki krytycyzmu i sprawowania kontroli nad tymi pracami. Zatem nie powinien to być człowiek całkowicie spolegliwy wobec Donalda Tuska, ale jednak człowiek o dość podobnych poglądach na ekonomię, politykę finansową i społeczną państwa. Dość łatwo zauważyć, że właśnie Andrzej Olechowski, jako jedyny w stawce, spełnia te dwa warunki!
Donald Tusk podjął właściwą decyzję dla swojej partii, siebie i kraju. Platforma powinna zastanowić się nad poparciem Olechowskiego w tych wyborach z powodów powyżej nakreślonych. Rozumiem jednak, że lekcja Unii Wolności z 2000 roku spowoduje, że partia będzie chciała mieć własnego kandydata, aby nie zaszkodzić swojej pozycji przed kluczowymi wyborami w 2011 roku. Jednak wyborcy PO w I turze muszą pamiętać, że głos na Olechowskiego może pozwolić już na tym etapie wyeliminować Kaczyńskiego. W turze II zaś liberalny wyborca PO powinien zadać sobie pytanie, do poglądów którego kandydata jest mu tak naprawdę bliżej?
