Jestem świeżo po obejrzeniu filmu Tomasza Sekielskiego "Władcy Marionetek". Wyłaniający się obraz polskiej polityki nie jest nowy, ale zebranie w jednym miejscu faktów z 15 ostatnich lat IV RP, potęguje negatywne wrażenie. Wzmocnienie przekazu wypowiedziami byłych PR-owców i polityków, którzy spowiadają się z własnych błędów, powoduje wrażenie, że demokratyczne procedury nie działają i działać nie mogą.

Profesjonalizacja przekleństwem?

Zastanówmy się gdzie leży przyczyna zastąpienia realnej debaty publicznej przez konkurowanie sztabów marketingowców? Z jakiego powodu dyskurs publiczny został sprowadzony do kolejnego segmentu rynku reklamy. Jedną z przyczyn może być wyłonienie się profesjonalnej klasy politycznej, nie mającej doświadczeń poza tym światem, oderwanej od rzeczywistości i żerującej na społeczeństwie. Z punktu widzenia opinii publicznej, ale także mediów ma to swoje niewątpliwe plusy. Post-polityków lepiej się ogląda, słucha. Z drugiej strony za działalnością polityczną nie idą żadne poglądy. Liberalizm, socjalizm, konserwatyzm są tylko etykietkami. Nie stanowią problemu transfery z Samoobrony do demokratów.pl, z SLD do PIS.

Rozrost partii politycznych

Działalność w partiach politycznych stała się szansą na ugryzienie fragmentu tortu, w najgorszym wypadku okruchów z pańskiego stołu. Wybór partii jest efektem chłodnej kalkulacji. Może do Stronnictwa Demokratycznego, Olechowski ich wypromuje, może zostanę radnym - myśli kandydat na przyszłego posła. Platforma rządzi, a ja chcę być w zwycięskiej drużynie już teraz! - to klasyczne rozterki obywatela, który waha się czy złożyć deklarację członkowską.

Członkowie partii politycznych są nicią jaka łączy liderów ze społeczeństwem. Mamy tu pełen przekrój zawodów, różną skalę kompetencji, medialności, różne cele i różnych wariatów. Partie zapisują wszystkich jak leci, nie przeprowadzając solidnej weryfikacji. Jednocześnie mamy do czynienia z pełnym samozadowoleniem zarówno po stronie mas członkowskich jak i liderów. Tematy światopoglądowe i programowe wypływają na światło dzienne w wąskich gremiach intelektualistów, obsadzanych w komisjach programowych.

Porzućcie nadzieje

PIS, SLD, PO, PSL, SD, PD… - podobne skróty, podobne programy. W debacie publicznej na pierwszym miejscu są sprawy personalne i związane z zapewnieniem lepszego miejsca w kolejce do publicznych pieniędzy. Jednocześnie środowiska, które kwestionują sposób zarządzania środkami obywateli, robią to w sposób na tyle nieudolny i nieprofesjonalny, że możliwości zaistnienia w debacie publicznej są niemal żadne.

Nie lepiej jest z mediami. Wielkie koncerny żyją w symbiozie z politykami, zainteresowane głównie sprawami obyczajowymi i mówiąc wprost - plotkarskimi, rzadko dotykają problemu ogromnego marnotrawstwa środków podatników, jakie ma miejsce od zarania III RP.

Problemem jest również społeczeństwo obywatelskie, które jeszcze na dobre nie zafunkcjonowało w Polsce. Ludzie z łatwością opowiadają się po stronie któregoś z dwóch głównych obozów politycznych, nie zajmują natomiast stanowiska w sprawach, które ich dotyczą. Nadzieje związane z internetem również prysły. Portale dziennikarzy i blogerów obywatelskich, choć wypełniają istotną lukę w przestrzeni publicznej, za dużo miejsca poświęcają polityce historycznej i samym politykom, za mało problemom systemowym.

Kluczowe pytanie brzmi czy istnieje odwrót od obecnego stanu debaty publicznej, czy jest miejsce na wielkie projekty reformatorskie, które będą zmieniać Polskę? Czy może pozostaniemy krajem marnych usług publicznych, ogromnego marnotrawienia środków, fatalnej edukacji powszechnej i wyższej, uśpionego społeczeństwa?