Od katastrofy prezydenckiego samolotu TU-154 pod Smoleńskiem minęły trzy tygodnie. To wystarczający już czas, aby nie tylko snuć księżycowe hipotezy o zamachy rosyjskich służb specjalnych, współpracujących z reżimem Donalda Tuska, ale aby zacząć stawiać pytanie podstawowe. Nie tylko o same okoliczności wypadku, ale również o to, kto i co się do niego i jego skutków przyczyniło. Sama katastrofa, jej tragiczny wymiar dla rodzin zmarłych, nie może zamykać dyskusji o tym, jaka była droga do wypadku. I odpowiedzi, według mnie nie należy szukać nie w Rosji, nie w bagnie przed smoleńskim lotniskiem, ale w Polsce.
Należy oddzielić od siebie trzy zagadnienia, które należy rozpatrywać z początku oddzielnie, ale które dopiero złożone dadzą pełny obraz.
Po pierwsze, ważne jest wyjaśnienie, jak doszło do samej katastrofy. Co było powodem, że samolot spadł na ziemię. Wielość hipotez, od odpowiedzialności pilotów, rosyjskiej obsługi naziemnej, złej komunikacji załogi z dyspozytorami lotów, złego odczytu wskaźników w kabinie, wpływu czynnika zewnętrznego na zachowanie się samolotu, przyczyn technicznych, awarii mechanicznej, czy elektronicznej, aż po ingerencję osób trzecich. Nie da się tu również uniknąć pytań, czym było spowodowane zachowanie załogi, która podjęła taką, a nie inną decyzję. Już kilkakrotnie o tym pisałem i jeszcze raz powtórzę – tego samolotu, przy tych warunkach pogodowych, wyposażeniu lotniska nie powinno tam być w ogóle. I piloci, jak również zapewne osoby odpowiadające na jego pokładzie za przebieg wizyty prezydenta w Katyniu, doskonale o tym wiedziały.
Drugi problem, który należy wyjaśnić do końca to ten, kto odpowiadał za organizacje, przebieg, logistykę i zabezpieczenie całości wyjazdu delegacji prezydenta w dniu 10. kwietnia. Czy decydenci kierowali się konkretnymi procedurami, czy takowe procedury organizacji w ogóle istniały, czy były przestrzegane, czy wreszcie zachowano ludzki, normalny zdrowy rozsądek. Kto odpowiadał i za organizację i za dobór delegatów.
I trzecia sprawa, to reperkusje polityczne katastrofy, w polityce zagranicznej i krajowej. To, co się zresztą już dzieje, wybory prezydenckie, ruchy na polskiej scenie politycznej, czy zmiana w naszych relacjach z Rosją.
Jeżeli chodzi o punkt pierwszy, czy chcemy tego, czy nie, jesteśmy zdania na to, co zostanie przedstawione nam jako rezultaty w wyniku działań Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. To w niej zbiegną się wszystkie nitki działalności różnych innych ciał – w tym również prokuratury, rosyjskiej i polskiej. I nie należy oczekiwać, aby efekt prac tej komisji był wcześniej, niż na jesieni. Czy wcześniej rząd i prokuratura zdecydują się na podanie, na podstawie wiarygodnych źródeł, na podstawie badań technicznych (m. in. tzw. czarnych skrzynek), zeznań świadków i analiz, prawdopodobnych przyczyn katastrofy – tego nie wiemy. Jak sądzę jednak, prymat polityki zmusi do podanie tych informacji – być może jeszcze przed wyborami 20. czerwca.
Organizacja wyjazdu, osoby odpowiedzialne za nią, ich poczynania, decyzje, procedury – to może zostać wyjaśnione dużo wcześniej i dokładniej. Korespondencja pomiędzy Kancelarią Prezydenta, BBN, Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, BOR, ABW, być może również SKW, powinna być dostępna. I dziwię się, że do tej pory rząd, a jeszcze lepiej Sejm, nie zajęły się na poważnie analizą wszystkich dostępnych informacji w tej sprawie. To tu jest klucz do tego, jak mogło dojść do sytuacji, że katastrofa została jakby “przywołana”.
W ostatnich kilku dniach widać tendencję, aby za organizację, skład i zabezpieczenie wyjazdu obciążyć jedną ze stron – i administracji państwa i stron sporu politycznego. Odpowiednio, KPRM, a w niej jej szefa, ministra Tomasza Arabskiego (oraz odpowiedzialnego za transport lotniczy ministra Bogdana Klicha), z drugiej strony Kancelarię Prezydenta RP, z jej szefem, ministrem Władysławem Stasiakiem i szefem BBN, Aleksandrem Szczygłą, którzy, w imieniu prezydenta układali skład delegacji i nadzorowali procedury bezpieczeństwa. Nie mam pełnego przeglądu informacji i materiałów, ale na dzień dzisiejszy widać, że odpowiedzialność rozkłada się na obie strony. Odpowiedzialność – a może i wina…
Do wyjaśnienia pozostaje też odpowiedzialność polityczna za katastrofę. Ten problem jednak nie podda się racjonalnej analizie. Tu, w zależności od pozycji na scenie politycznej, od celów politycznych, od spojrzenia na to, jakie korzyści będzie można osiągnąć, będzie miał swoją “prawdę”. Dla jednych wyjazd Lecha Kaczyńskiego miał podłoże emocjonalne, związane z konieczności uhonorowania pamięci pomordowanych polskich żołnierzy i policjantów w Katyniu, a jego śmierć ma wymiar symboliczny i męczeński. Dla innych emocjonalność poczynań i decyzji Lecha Kaczyńskiego wynikała tylko z jego wybujałej ambicji, która popchnęła go do realizacji i organizacji wizyty smoleńskiej w takim wymiarze tylko dlatego, aby przyćmić spotkanie premierów Polski i Rosji trzy dni wcześniej. Stąd biorą się już bezpośrednie oskarżenia, że to on pośrednio, a może i bezpośrednio spowodował presję, która być może postawiła załogę samolotu TU-154M bez alternatywy… No, oczywiście można również oskarżyć rosyjskiego premiera, Władimira Putina, o to, że rozegrał polsko-polskie animozje i zapraszając Donalda Tuska na 7. kwietnia niejako zmusił Lecha Kaczyńskiego do organizacji własnego wyjazdu.
Jedno, według mnie nie podlega dyskusji: Przyczyn katastrofy należy szukać nie pod Smoleńskiem, nie w Moskwie, ale w Polsce. Państwo i jego instytucje pokazały, że w wypadku tak wielkiego kryzysu, jakim była śmierć prezydenta państwa, całego jego dowództwa wojskowego, wielu kluczowych urzędników, parlamentarzystów, dały sobie radę doskonale. O stabilności państwa i jego bezpieczeństwie chyba najdobitniej świadczy zachowanie się indeksów na giełdzie warszawskiej. Ale jednocześnie to słabość instytucji państwa, brak procedur, brak zwyczajów politycznych, oraz ambicje doprowadziły do katastrofy.
Rząd ma obowiązek wyjaśnienia wszystkich okoliczności i kulis wypadku. Nawet, jeżeli będzie się to wiązało z koniecznością wskazania jako winnych konkretnych osób, lub instytucji. I dopiero wtedy zasadne będą wezwania do odwołania, czy zdymisjonowania konkretnego urzędnika, czy obciążenia odpowiedzialnością konkretnego polityka.
Ta sprawa nie wyjaśniona i nie rozliczona może rzutować na polską politykę i państwo wiele lat.
Azrael

