Szkoda SDPL, szkoda demokratów
Wszystko wskazuje na to, że dwie partie polityczne powstałe na przełomie 2004 i 2005 roku, jako z jednej strony wyraz niezgody na kolesiostwo i korupcję rządów SLD, z drugiej w ramach sprzeciwu wobec rosnącej w sondażach konserwatywnej prawicy spod znaku Platformy, PIS-u i Ligi Polskich Rodzin, mają realne szanse na sukces. Scena polityczna nie była jeszcze tak zabetonowana. Sojusz sprawiał wrażenie zupełnie niezdolnego do reform wewnętrznych, PO nie brała dotacji i w gruncie rzeczy w sferze języka i idei nie różniła się od partii Kaczyńskich.
Powstanie nowych ugrupowań było oczekiwane przez media i opinie publiczną. SLD jawiło się jako siła, która najzwyczajniej w świecie psuła Polskę. Ówczesny Sojusz był partią, gdzie dominującą rolę odgrywali postkomunistyczni sekretarze powiatowi, którzy przeżywali drugą polityczną młodość, jednak wykazywali postawy znane z czasów słusznie minionych. Ugrupowanie to było syntezą klasycznej partii władzy, której trzon wyborców opierał się na osobach, które przeżywały nostalgię za PRL. W trzy lata od wygranych wyborów partia Leszka Millera i Krzysztofa Janika spadła z 40 do 5 proc. To nie lada wyczyn, porównywalny tylko ze spektakularnymi porażkami prawicy w 1993 roku (kiedy z racji podziałów i błędów strategicznych kilka partii mających poparcie od 4 do 6 proc. nie weszło do Sejmu, w efekcie czego znaczna część wyborców pozostała bez reprezentacji parlamentarnej) i AWS z 2001 roku.
Oczywiście rząd firmowany przez SLD i Unię Pracy gabinetem klęski nie był. Dotrzymano daty wejścia Polski do Unii Europejskiej, uproszczono i obniżono podatki dla przedsiębiorców, wskaźniki wzrostu gospodarczego i inflacji były na przyzwoitym poziomie. W sferze gospodarki Miller proponował rozwiązania neoliberalne i skutecznie je realizował, w sferze polityki społecznej i działań o charakterze światopoglądowym nie robił nic. Można było odnieść wrażenie, że ówczesny Sojusz zdradził swój elektorat. Szczególnie było to widać po umizgach do Kościoła czy po propozycji odpłatności za studia dzienne proponowanej przez Annę Radziwiłł. Aktywny udział w wojnie w Iraku i szereg gestów (jak się może niebawem okazać z pogwałceniem prawa międzynarodowego) wobec Ameryki, oprotestowane przez lewicową młodzież, również nie wzmacniało wiarygodności SLD. Jeżeli ktoś głosuje na lewicę, to nie na takie działania liczy.
Platforma Obywatelska była wówczas zdominowana przez retorykę, której symbolem było hasło "Nicea albo śmierć" Jana Rokity. Donald Tusk systematycznie odwiedzał tabloidy zwierzając się ze swojego powrotu na łono Kościoła, PO celowała w retoryce rozliczeniowej, czego przykładem było wsparcie dla lustracyjnej akcji rozpętanej przez Bronisława Wildsteina. Konserwatyzm obyczajowy był łączony z populistycznymi propozycjami bardzo niskiego (15 proc.) i nieralnego budżetowo podatku liniowego. PIS dokładał do tego postulaty zaostrzenia kodeksu karnego, nowego projektu polskiej konstytucji z odwołaniem "do Boga wszechmogącego" i delegalizacji SLD.
Samoobrona i Liga Polskich Rodzin łączyły retorykę antyunijną z podszypywaniem lewicy z lewej strony, prześcigając się w hasłach o socjalistycznym zabarwieniu.
Dlatego też, gdy Marek Borowski wraz z 10 posłami SLD (w tym Włodzmierzem Cimoszewiczem) przestawił dokument "Dość złudzeń", wielu słusznie traktowało to jako zapowiedź powstania nowej formacji. Chwilę później powołano klub parlamentarny Socjaldemokracji Polkiej z udziałem takich ikon polskiej lewicy jak Andrzej Celiński, Marek Balicki czy Tomasz Nałęcz. Niestety Borowski już na starcie brał każdego, kto tylko się do niego zgłosił, stąd już w pierwszej Socjaldemokracji mogliśmy oglądać sejmowe wyczyny niejakiego posła Marczewskiego - byłego milicjanta.
Zmiany było widać też w Unii Wolności, która jako partia pozaparlamentarna dwa razy wygrała wybory uzupeniające do Senatu i pod kierownictwem Władysława Frasyniuka obierała wyraźny liberalny kurs zarówno w kwestii światopoglądu jak i gospodarki. Prezentowała również zdecydowanie proeuropejski program, odbudowywała kadry, a jej ówczesna młodzieżówka - Młode Centrum - była najaktywniejszą młodzieżową organizacji polityczną w Polsce.
Obie partie czekał sprawdzian w postaci wyborów do Parlamentu Europejskiego. Mimo tego, że kierownictwa ugrupowań żywiły obawy, że nie uda się zebrać podpisów, to nic takiego się nie stało. Otrzymaliśmy dwie dobre listy dla wyborców liberalnych i socjaldemokratycznych. Pinior, Rosati, Grabowska z SDPL i Geremek, Onyszkiewicz, Krzyżanowska, Święcicki, Staniszewska, Kułakowski z UW - politycy odpowiedzialni, proeuropejscy, o dużym dorobku. Skończyło się zdecydowanym sukcesem. SDPL przekroczył próg, w Warszawie zajął trzecie miejsce. UW ponad 7 proc. głosów wygrywając wybory za granicą i zdobywając drugi wynik w stolicy. Choć wtedy nikt nie mówił o zabetonowaniu sceny politycznej, to można było mieć wrażenie, że w następnym Sejmie zobaczymy dwa nowe-stare ugrupowania.
