Pytania o lewicę
Nie tylko w sezonie ogórkowym informacje o przetasowaniach personalnych w partiach politycznych zyskują status wydarzenia dnia. Wczoraj media obiegła informacja o rezygnacji ze startu w wyborach, po 17 latach obecności w parlamencie posła Wacława Martyniuka - wieloletniego sekretarza klubu SLD. Wcześniej Anita Błochowiak (znana z niezręcznych i homofobicznych wypowiedzi przed komisją śledczą ds. wyjaśnienia afery Rywina) w emocjonalnych wystąpieniu zaprotestowała przeciwko startowi z list SLD finalistki Top Model. Część starej gwardii Sojuszu odchodzi do lamusa, z drugiej strony pierwsze miejsca w trudnych okręgach otrzymają najprawdopodobniej byli premierzy - Józef Oleksy i Leszek Miller. Jedynki szykowane są też dla tych, którzy odpowiadają za bieżące funkcjonowanie partii - Tomasza Kality i Łukasza Naczasa. Jaka lewica będzie reprezentować wyborców po głosowaniu? Czy 3 miesiące kampanii wyborczej starczą, aby zbudować wiarygodność i przekroczyć magiczną barierę 15 proc. głosów?
Pozycja SLD na scenie politycznej jest cały czas słaba. Partia Grzegorza Napieralskiego nie jest w stanie zagospodarować większości wyborców o poglądach lewicowych. Przedstawiana oferta (czy to w kwestii rozwiązań będących credo nowoczesnego lewicowego światopoglądu - neutralność światopoglądowa Państwa, edukacja seksualna, prawa reprodukcyjne, związki partnerskie, czy to w kwestiach gospodarczych - wyrównywanie szans, wsparcie dla najsłabszych) nie jest w stanie przekonać do siebie takiego spektrum głosujących, aby wygrywać. Elektorat lewicy kulturowej zagospodarowuje Platforma, mimo tego, że głosuje wbrew przekonaniom znacznej części swoich wyborców, do elektoratu socjalnego trafia PIS. Obie partia budują swoją pozycję na kreowaniu dychotomii - "my" i "oni".
Jednocześnie SLD jest hegemonem na lewicy. Budując listy wyborcze może zapraszać przedstawicieli innych partii i organizacji, ale na własnych warunkach. Choć trzeba przyznać, że Napieralski, Piekarska i Wenderlich korzystają z propozycji programowych Partii Kobiet, Zielonych 2004 i OPZZ, to jednocześnie równościowy, pacyfistyczny i ekologiczny dyskurs jest burzony chociażby przez wypowiedzi Leszka Millera na temat tajnych więzień CIA.
Lewica w Polsce jest potrzebna. Konkurencja o głosy socjaldemokratycznego elektoratu również. Daleko nam do sytuacji niemieckiej, gdzie są 3 silne lewicowe partie, z których każda ma ofertę polityczną, program, pieniądze i sieć instytucji wokół niej. Czy lewicowy wyborca powinien (często wbrew własnym doświadczeniom) poprzeć Sojusz czy raczej czekać na lepszą ofertę?
Sprawa jest złożona. Przychylni Sojuszowi lewicowi konkurenci tacy jak Partia Kobiet czy Zieloni 2004 wychodzą z założenia, że można pięknie się różnić i taką różnorodną ofertę trzeba zaproponować wyborcom. Jeżeli listy lewicy w nadchodzących wyborach będą składały się z kompetentnych rzeczników konkretnych potrzeb, interesów i poglądów, a nie tylko z zasłużonych przedstawicieli partyjnego aparatu, wtedy będzie można walczyć o sukces. W interesie SLD jest najdalej idące otwarcie na różne "lewice" (ale tylko takie akceptujące demokracje, wolności obywatelskie i postulaty równościowe), bo tylko wtedy może walczyć o zwycięstwo, a nie przetrwanie.
Dlaczego nie powstała alternatywna oferta centrolewicowa, konkurencyjna dla SLD, które ma pewien bagaż doświadczeń, powstrzymujący wyborcę przed poparciem ich list? Powody są oczywiste. Po pierwsze pieniądze. Każda z 4 dużych partii otrzymuje z budżetu Państwa dotacje, z których jest w stanie sfinansować prace programowe, ekspertyzy, biura, podróże po Polsce. Po drugie struktury. Ludzie nie zapisują się do partii politycznych, chyba że zostaną do tego przekonani. Aktywiści organizacji ekologicznych nie trafiają do Zielonych 2004, tak jak związkowcy z OPZZ nie zapisują się w prosty sposób do SLD. Partie muszą pokazać, że są otwarte i tworzyć przestrzenie obywatelskiej aktywności. Choć to ciężka i mrówcza praca obliczona na lata, może się opłacić. Jest to nie tylko w interesie partii, wyborców lewicowych, ale i demokracji. Nie można dać sobie wmówić, tak jakby chciała Platforma Obywatelska, że nie ma żadnej alternatywy. Nawet jeżeli jej nie ma, to musimy ją wykuć.
