ACTA ad acta
W ostatni weekend nie można było wejść na internetowe strony kancelarii premiera, kilku ministerstw, ABW i kliku innych agencji rządowych. Rzecznik rządu Paweł Graś tłumaczył, że przyczyną nie jest atak hakerów, tylko ogromne zainteresowanie tymi stronami ze strony normalnych użytkowników internetu.
Oczywiście Paweł Graś usiłował zaklinać rzeczywistość. Rządowe strony padły dlatego, że hakerzy z „PolishAnonymous” postanowili zmusić rząd do poważnej refleksji w sprawie planowanego na 26 stycznia podpisania przez Polskę międzynarodowej ustawy ACTA. Pozytywny cel tej ustawy – walka z piractwem i podróbkami w sieci oraz ochrona własności intelektualnej – przysłania jednak ciemna strona jej konsekwencji, gdy wejdzie ona w życie: kontrola i cenzura internetu oraz daleko idące naruszenie prywatności jego użytkowników.
Najgorsze, że rząd Donalda Tuska chciał (i naiwnie wierzył, że jest to możliwe) podpisać ustawę bez jakiejkolwiek konsultacji, praktycznie w tajemnicy. To za polskiej prezydencji w UE Rada Unii Europejskiej przyjęła projekt ACTY i opublikowała krótką informację o tym na 43. stronie prasowego komunikatu dotyczącego rolnictwa i rybołówstwa. W tym samym stylu działał polski rząd nie udostępniając do „za 5 dwunasta” tekstu ustawy.
Nie tędy droga. Nie da się powstrzymać postępu. Przyszłością jest coraz bardziej wolny Internet, darmowa wymiana plików i informacji. Trzeba znaleźć inne, mniej „policyjne” niż ACTA, sposoby obrony własności intelektualnej.
Nie ma sensu, by w sprawie ACTA Polska wyrywała się przed szereg. Skoro nawet USA zaczynają podchodzić do ACTA z dystansem, to i Polska powinna na razie zamrozić naszą aktywność w tej sprawie.
I co najważniejsze – zamiast chować problem wciskając go między rolnictwo i rybołówstwo, rząd Donalda Tuska powinien rozpocząć szeroką debatę na tym, jak pogodzić wolność internetu z jednej strony, a prawa twórców z drugiej. A najlepiej prowadzić tę debatę w pełni wolnym Internecie.
Konkluzją niech będzie hasło: ACTA ad acta.
Oczywiście Paweł Graś usiłował zaklinać rzeczywistość. Rządowe strony padły dlatego, że hakerzy z „PolishAnonymous” postanowili zmusić rząd do poważnej refleksji w sprawie planowanego na 26 stycznia podpisania przez Polskę międzynarodowej ustawy ACTA. Pozytywny cel tej ustawy – walka z piractwem i podróbkami w sieci oraz ochrona własności intelektualnej – przysłania jednak ciemna strona jej konsekwencji, gdy wejdzie ona w życie: kontrola i cenzura internetu oraz daleko idące naruszenie prywatności jego użytkowników.
Najgorsze, że rząd Donalda Tuska chciał (i naiwnie wierzył, że jest to możliwe) podpisać ustawę bez jakiejkolwiek konsultacji, praktycznie w tajemnicy. To za polskiej prezydencji w UE Rada Unii Europejskiej przyjęła projekt ACTY i opublikowała krótką informację o tym na 43. stronie prasowego komunikatu dotyczącego rolnictwa i rybołówstwa. W tym samym stylu działał polski rząd nie udostępniając do „za 5 dwunasta” tekstu ustawy.
Nie tędy droga. Nie da się powstrzymać postępu. Przyszłością jest coraz bardziej wolny Internet, darmowa wymiana plików i informacji. Trzeba znaleźć inne, mniej „policyjne” niż ACTA, sposoby obrony własności intelektualnej.
Nie ma sensu, by w sprawie ACTA Polska wyrywała się przed szereg. Skoro nawet USA zaczynają podchodzić do ACTA z dystansem, to i Polska powinna na razie zamrozić naszą aktywność w tej sprawie.
I co najważniejsze – zamiast chować problem wciskając go między rolnictwo i rybołówstwo, rząd Donalda Tuska powinien rozpocząć szeroką debatę na tym, jak pogodzić wolność internetu z jednej strony, a prawa twórców z drugiej. A najlepiej prowadzić tę debatę w pełni wolnym Internecie.
Konkluzją niech będzie hasło: ACTA ad acta.
